Daję na Owsiaka i jestem z tego dumna!

Zanim przejdę do tego, co napisałam w tytule, to chcę Wam coś opowiedzieć. W tym roku w mojej bliskiej rodzinie przyszło na świat dwoje dzieci – dziewczynka i chłopiec. Obie ciąże były chciane, zaplanowane, wyczekiwane. Obie mamy były młode, zdrowe, dbały o siebie i były pod kontrolą lekarzy. Dziewczynka przyszła na świat w terminie, była zupełnie zdrowa i po kilku dniach razem z mamą opuściły szpital. Od tego czasu dziecko rozwija się wręcz podręcznikowo – ani razu nie chorowało, nie przyjmowało żadnych leków – je, bawi się, śpi i rośnie. Natomiast chłopiec przyszedł na świat w 29 tygodniu ciąży z wagą urodzeniową około 1100 gramów. Spędził w szpitalu prawie 3 miesiące, kilkakrotnie był podłączany do respiratora, miał przetaczaną krew, przeszedł dwie operacje.

Czemu tak się stało?! Czemu jedna ciąża mogła być donoszona, a druga musiała być rozwiązana przedwcześnie?! Czy ktoś tu zawinił?! Szpital? Lekarz? Rodzice? Nie sądzę. Po prostu pojawiły się powikłania, których nie dało się przewidzieć, ani im zapobiec.

Po przyjściu na świat maluszek leżał na oddziale neonatologicznym, gdzie na niemal każdym urządzeniu widniało serduszko WOŚP. Od tamtejszego personelu dowiedzieliśmy się, że na tym oddziale 90% specjalistycznego sprzętu pochodzi „od Owsiaka”.

Szukając wtedy w internecie jakiś informacji na temat wcześniaków przypadkiem natrafiłam na takiego mema:

Mój pogląd nie musiał się zmieniać. Od początku jest taki sam: popieram i wspieram. Nie ufam władzom, nie ufam politykom żadnej opcji, nie ufam Kościołowi jako instytucji, a Owsiakowi wierzę!

Nie kwestionuję ich prawa do posiadania siedziby, sprzętu, pracowników, ani do wynagrodzeń. Uważam, że ci ludzie za swoje zaangażowanie i pracę zasługują na godne wynagrodzenie, bo przedsięwzięcia na taką skalę nie da się obsłużyć jedynie wolontariuszami.

Czy ten sprzęt, który kupuje Fundacja WOŚP powinno kupować państwo? Tak powinno. Czy gdyby nie było WOŚP, to ten sprzęt by był? Wątpię. Na pewno nie w takiej ilości. Czy w związku z tą akcją zdarzają się jakieś nadużycia? Pewnie tak, ale czy to przekreśla tę ideę? Zdecydowanie nie!

Może nasz maluszek żyje właśnie dzięki temu, że kiedyś pewien trochę szalony gość w żółtej koszuli i czerwonych okularach wpadł na pomysł wielkiej narodowej zbiórki i miał w sobie dość wytrwałości i determinacji, żeby ten pomysł zrealizować i kontynuować w kolejnych latach. Dziękuję Panie Jerzy!

Uważam, że nie jestem osobą obojętną. Na swój sposób i w miarę możliwości staram się pomagać, ale to co robię, to naprawdę niewiele, bo najłatwiej jest dać pieniądze, nawet jak ma się ich mało i mieć dzięki temu czyste sumienie. Prawdziwy wyczyn to taką akcję wymyślić, stworzyć z niczego, być jej frontmanem i zbierać na sobie te wszystkie pomyje i oskarżenia. Większość z nas zapewne nigdy nikomu nie uratowało i nie uratuje życia, a tych którzy żyją i są zdrowi dzięki Panu Owsiakowi są już tysiące. CHAPEAU BAS!

Reasumując: Daję na Owsiaka i jestem z tego dumna!

Reklamy

Kotlety drobiowe z sosem pieczarkowym

To danie nie jest jakoś specjalnie innowacyjne ani wyrafinowane, ale jest smaczne, dość szybkie i trochę je zmodyfikowałam na swoją modłę, więc postanowiłam się nim podzielić. Trudno to też nazwać przepisem, będzie to raczej inspiracja. Czego potrzebujemy?

Na kotlety: filet z piersi kurczaka, cebula, przyprawy w/g uznania (u mnie jest to tylko sól i pieprz)

Do marynaty: po 1 łyżce oleju i jogurtu naturalnego, po 1 łyżeczce musztardy i cukru, przyprawy (zioła prowansalskie albo majeranek, pieprz ziołowy, pieprz czarny, sól)

Do opanierowania: mąka, jajko i bułka tarta (mogą być pokruszone krakersy albo płatki kukurydziane, czy jakaś inna panierka)

Na sos pieczarkowy: pieczarki, cebula, czosnek, przyprawy (sól, pieprz, majeranek), do zagęszczenia trochę mąki pszennej i śmietany, albo jogurtu naturalnego.

Z jednej podwójnej piersi wychodzą cztery ładne kotlety, które lekko rozbijamy przez folię i przyprawiamy solą i pieprzem.

Przygotowaną wcześniej marynatą smarujemy kotlety i odstawiamy do lodówki na kilka minut (około pół godziny).

W tym czasie możemy sobie na przykład przygotować cebulę, albo pieczarki, które trzeba obrać i pokroić w półplasterki.

Kolejna czynność to podsmażenie cebuli, z którą później mięso będzie się dusić. Jedną sporą cebulę kroimy w piórka i chwilę smażymy, aż się zeszkli.

Przekładamy cebulę do innego naczynia i smażymy opanierowane wcześniej kotlety.

Nie trzeba ich długo smażyć – tylko tyle, żeby się zrumieniły, bo mięso do miękkości dojdzie w piekarniku. Usmażone kotlety przekładamy do naczynia żaroodpornego, dodajemy trochę masła i przesypujemy je usmażoną cebulą.

Mięso wstawiamy do piekarnika nagrzanego do około 170-180 stopni (z włączonym termoobiegiem) na około 15-20 minut. Kiedy kotlety dochodzą w piekarniku przygotowujemy sos pieczarkowy. Najpierw podsmażamy na tłuszczu pokrojoną w kostkę cebulę, dodajemy pieczarki, chwilę smażymy, przyprawiamy do smaku, podlewamy niewielką ilością wody i zagęszczamy mąką pszenną rozrobioną z wodą i jogurtem naturalnym. Można też używać śmietany, ale ja wolę jogurt, bo zawsze zostaje mi z marynaty. Do smaku można dodać sosu sojowego albo maggi.

I gotowe. Można podawać:

Tym razem przygotowałam to danie na kolację, dlatego podałam je z pieczywem, kiedy robię je na obiad to podaję je na przykład z pieczonymi ziemniakami, albo z kaszą. Mięso wychodzi smaczne i bardzo miękkie. Przepis na marynatę pochodzi z kanału YT WeronikaDomOgród. Smacznego.

Praktyczne porady:

Kotlety smaruję marynatą tylko z jednej strony, ale układam je jeden na drugim, więc marynata dociera do obu stron mięsa.

Mięso można też przygotować bez panierki, ale ja osobiście wolę opanierowane.

Przez długie lata miałam taki tradycyjny tłuczek do mięsa – metalowy na drewnianym trzonku. Ile ja się go naczyściłam. Wykałaczką wyciągałam z niego resztki mięsa, wyparzałam go, a i tak miałam wrażenie, że jest niedomyty. Męczyłam się tak do czasu, aż koleżanka powiedziała mi, że ona ma tłuczek z IKEA i że jest świetny.  Jest to tłuczek z tworzywa, odpowiednio ciężki i przede wszystkim łatwo utrzymać go w czystości. Nic do niego nie przywiera, nie wchodzi w żadne szczeliny. Naprawdę polecam. W regularnej cenie kosztuje około 20,00 PLN, ale można go kupić taniej na promocji.

Do tej potrawy trzeba pokroić sporo cebuli, więc łzawienie oczu jest nieuniknione. Podobno cebula przy krojeniu nie szczypie tak bardzo w oczy jeśli wcześniej na trochę włoży się do zamrażalnika. Mi niestety jeszcze nie udało się przetestować tej metody, bo zawsze zapominam „zamrozić” wcześniej cebulę.

Historia pewnego krzyża…

Odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu stoi taki nieco dziwny przestrzenny krzyż. Jest on wykonany z drewna, składa się z małych elementów wyglądających jak klamerki.

Nie wiem jak te elementy zostały ze sobą połączone, ale ponoć nie ma tam ani jednego gwoździa i ani grama kleju. Ten krzyż ma ponad 100 lat i jest pamiątką rodzinną. A skąd wziął się w domu moich rodziców? Otóż moja prababcia, a babcia mojej mamy, miała siedmioro dzieci – sześciu synów i jedną córkę. Trzech z jej sześciu synów zginęło na wojnie (mowa tu o I wojnie światowej). Jeden z nich przebywał długi czas w niewoli. Tam wystrugał i zmontował ten krzyż. Kiedy został uwolniony wrócił na krótko do rodzinnego domu, a ów krzyż był jego prezentem dla ukochanej mamy. Niestety wkrótce znów został wcielony do wojska i niedługo potem zginął. Moja prababcia ponoć aż do swojej śmierci traktowała ten krzyż jak relikwię, była to jej najcenniejsza pamiątka po utraconym dziecku. Po jej śmierci ta historia  została trochę zapomniana, a zakurzony krzyż wylądował na strychu. Do czasu aż jego brak zauważyła moja mama. Na szczęście udało jej się go odnaleźć i ocalić. Krzyż niestety był już mocno nadgryziony zębem czasu, warunki w jakich był przechowywany, też zrobiły swoje. Mój ojciec naprawił co się dało, zabejcował go na ciemny kolor i polakierował. I tak krzyż przetrwał do dziś. Teraz stoi w zaszczytnym miejscu i jest cenną rodziną pamiątką. To oprócz rodzinnych zdjęć jest chyba najstarszy przedmiot jaki posiadają moi rodzice.

Z jednej strony ten krzyż nie ma żadnej wartości, przecież to tylko trochę drewna i to mocno podniszczonego. A z drugiej strony to bezcenna pamiątka. Kiedy na niego patrzę, to myślę sobie o młodym, nieznanym mi człowieku, który będąc w niewoli pieczołowicie strugał elementy tego krzyża, może robił to ukradkiem, może nocą… A potem, po uwolnieniu szedł pieszo wiele kilometrów i niósł ten krzyż dla swojej mamy…, a kiedy znów poszedł na wojnę ona pewnie przed tym krzyżem modliła się o jego ocalenie… Wyobrażam sobie ile łez wylała, kiedy dowiadywała się o śmierci swoich kolejnych synów…

To działo się dziesiątki lat temu. Nie znałam mojej prababci, ani jej przedwcześnie i tragicznie zmarłych synów, a jednak znam ich historię, znam historię krzyża, który pozostał po jednym z nich.

Myślę, że podobne historie i podobne pamiątki są w wielu rodzinach. Pewnie różni ludzie mają do nich różny stosunek. Ja osobiście bardzo sobie takie rzeczy cenię i staram się je pielęgnować.

Boże Narodzenie 2017

Życzę wszystkim, którzy tu zajrzą w ten szczególny świąteczny czas chwili wytchnienia od codziennego pośpiechu, dużo ciepła, spokoju, rodzinnego szczęścia, zgody, zdrowia, no i jeszcze mnóstwo uśmiechu i życzliwości na każdy dzień.

A tak na marginesie tych życzeń, chciałam też wspomnieć o tym, że nie dla wszystkich święta są magicznym i wyjątkowym czasem. Kiedy ma się rodzinę, a jeszcze kiedy w tej rodzinie są dzieci, to najczęściej świętom towarzyszy radość, ale kiedy jest się samemu, kiedy jest się chorym, czy niedołężnym, albo kiedy niedawno się kogoś straciło, to często te świąteczne dni stają się koszmarem. Wiem, że nie możemy się wyrzec radości, dlatego że ktoś inny ma gorzej od nas, ale może spróbujmy coś zrobić, cokolwiek, żeby komuś samotnemu było trochę lżej… Może chociaż czasami chwila rozmowy, może jakiś ciepły gest… Strasznie to wszystko skomplikowane, bo niby mamy piękną tradycję dodatkowego nakrycia dla strudzonego wędrowca, ale kto z nas w dzisiejszych czasach odważyłby się wpuścić do domu kogoś obcego?! Dla mnie to dodatkowe nakrycie staje się powoli wyrzutem sumienia, bo czuję, że to niestety tylko pusty gest…

Sernik – łatwy przepis

Dziś chciałam się z Wami podzielić przepisem na smaczny, puszysty sernik, który jest bardzo łatwy do zrobienia. Dysponując mikserem na podstawce można to ciasto zrobić w tak zwanym międzyczasie. 

Składniki:

  • 1 kostka margaryny (250 gram)
  • 35 dkg cukru
  • cukier waniliowy
  • 8 jaj
  • 1 budyń śmietankowy
  • rodzynki
  • herbatniki na spód

Wykonanie:

Żółtka oddzielić od białek. Margarynę utrzeć z żółtkami i cukrem na białą puszystą masę.

Do utartego dodać ser i budyń, nadal ucierać. W międzyczasie z białek ubić na sztywno pianę, a spód tortownicy lub blaszki wyłożyć herbatnikami.

Kiedy wszystko jest już dobrze utarte do masy serowej dodać pianę z białek i delikatnie wymieszać.

Ciasto wylać do wcześniej przygotowanej tortownicy lub blaszki, dodać rodzynki.

Piec około 1:15 w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Po upieczeniu sernik zostawić do całkowitego wystygnięcia, a przed podaniem można go schłodzić.

Porady praktyczne:

  • Do tego sernika używam zawsze średniej tortownicy, albo kwadratowej blaszki, bo lubię kiedy ciasto jest wyższe (grubsze).
  • Do wypieków od lat zawsze używam taj samej margaryny, Palmy z Murzynkiem.
  • Nie mam ulubionego sera. Kupuję dowolny twaróg sernikowy, taki którego nie trzeba już mielić.

  • Cukru można dać mniej (ja przeważnie dają 1 szklankę). Zależy to od smaku sera. A jak na koniec uznamy, że trzeba dosłodzić, to można dodać trochę cukru pudru.
  • Na spód daję herbatniki, bo po pierwsze lubię żeby ciasto na spodzie było bardzo cienkie, a po drugie to mi oszczędza czas i wymaga mniejszego nakładu pracy. Do jasnego sera fajnie wyglądają ciemne herbatniki.

  • Całe ciasto robię mikserem, łącznie z wymieszaniem masy serowej z pianą z białek, zmieniam tylko prędkość obrotów.
  • Rodzynki dodaję na samym końcu, kiedy ciasto jest już na blasze. Rozsypuję je po wierzchu i lekko zatapiam.

  • Kiedy podczas pieczenia wierzch sernika już się przybrązowi nakrywam go folią aluminiową, żeby się nie przypiekł.

Gotowy sernik zawsze trochę opada, ale i tak jest wysoki i puszysty.

Zachęcam do wypróbowania tego przepisu. Jest łatwy, nie wymaga wiele wysiłku i świetnie smakuje. Życzę udanych wypieków, smacznego.

Lazy Day

Przez ostatni tydzień nie chodziłam do pracy – wzięłam kilka dniu urlopu. Ale wiadomo jak to jest w domu, zawsze jest coś do zrobienia: porządki świąteczne, zakupy, gotowanie, mnóstwo rzeczy do załatwienia, no i jeszcze ta sprawa z przenoszeniem blogów… Dlatego dziś mam lazy day! Zostaję w piżamie i ciepłych skarpetach i będę się leniwie snuć po domu z kubkiem malinowej herbaty. Ale najpierw pokażę Wam jak wygląda u mnie świat za oknem (zdjęcie z wczoraj, ale dziś jest podobnie, tylko świeci słońce.

Jak nie ma słońca to właściwie przez większość dnia jest szaro i ciemno. Wyciągnęłam więc „świece”, które kiedyś kupiłamw Biedronce. Zapalam je wcześnie rano i wieczorami. Robią fajny klimat. Rzadko palę prawdziwe świece, bo boję się je zostawiać, gdy np wychodzę z pokoju, a te chociaż to tylko imitacja, to fajnie wyglądają, są bezpieczne i wygodne. To naprawdę fajne rozwiązanie, także do dekoracji świątecznych (np do wieńca adwentowego). Świece mają pilota i można je nastawić na dwa sposoby (światło migoczące i ciągłe), można je też ustawić na określony czas działania (4 lub 8 godzin).

Pochwalę się Wam, że moja gwiazda betlejemska ciągle żyje i ma się całkiem dobrze. W moim przypadku to nie lada osiągnięcie, bo w poprzednich latach każdej opadały liście i to w zastraszająco szybkim tempie. Nie wiem co robiłam źle, ale zawsze mi się tak działo. A tym razem jest ok.

Jeszcze odnośnie robienia ozdób świątecznych, to spróbowałam też coś zrobić z papierowej wikliny (gazety zwinięte w cienkie rurki). Fajna sprawa, ale trzeba nabrać wprawy, zarówno w zwijaniu gazet, jak i w wyplataniu. Na pewno do tego wrócę, tyle że już po świętach. Tak na próbę zrobiłam gwiazdkę (posiłkowałam się tutorialem z YT, który był po hiszpańsku). Do oryginału nawet się nie umywa, ale myślę, że jak na pierwszy raz, to nie jest aż tak tragicznie…

Na koniec pokażę Wam skarpety, które sobie ostatnio kupiłam. To są najlepsze skarpety na świecie! Mam już taką jedną parę z zeszłego roku (były dołączone do piżamy z Primarka) i okazały się świetne. Długo takich szukałam, ale nigdzie nie mogłam na nie trafić. Aż tu przypadkiem, kiedy w Camaieu płaciłam za zakupy, zobaczyłam je przy kasie. Były pakowane po dwie pary – jedne takie na jakich mi zależało (w supełki) i drugie takie jakich nie chciałam (w igiełki). Na szczęście pani ekspedientka była bardzo miła i skompletowała mi zestaw z dwóch par supełkowych. Skarpetki są świetne – grube, ciepłe i mega miłe – i nie gryzą! Mam kilka par skarpet zrobionych na drutach przez moją mamę, ale nie mogę ich nosić, bo wełna bardzo podrażnia moją atopową skórę. Co do ceny, to ja w Camaieu mocno przepłaciłam, ale teraz są w Pepco za 9,99 PLN. Będę je nosić we wszystkie zimowe wieczory i poranki. a drugą parę zostawię na następną zimę. Szczerze polecam.

Właśnie sobie przypomniałam, że na urlopie miałam przeczytać nowe regulacje. Do jutra muszę przestudiować dwie instrukcje i porobić notatki. I po moim leniwym dniu… Ale ubierać się i tak nie będę, zostaję w piżamie!

A na dworze tak pięknie świeci słońce… Ale mnie kusi, żeby pójść na spacer… Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.

Bombka wstążkowa (karczochowa)

Bombki wykonane metodą karczochową po raz pierwszy zobaczyłam chyba ze dwa lata temu. Spodobały mi się, ale do głowy mi nie przyszło, że mogłabym sama coś takiego zrobić. W tym roku przypadkiem zobaczyłam na YT jakiś tutorial i zdecydowałam się spróbować. Okazało się, że to wcale nie jest takie skomplikowane, wymaga tylko trochę staranności i sporo cierpliwości.

Potrzebne materiały:

  • Wstążka satynowa (o szerokości 25 mm)
  • Szpilki
  • Styropianowa kula
  • Nożyczki

Wykonanie:

Wstążkę tniemy na paski o długości około 6 cm. W dowolnym miejscu na kuli przypinamy kilkucentymetrowy kawałek wstążki i tam zaczynamy pracę.

Kawałki wstążki składami w trójkąty i w rogach przypinamy szpilkami do styropianowej kuli. Nie mam zbyt dużego doświadczenia, ale wydaje mi się, że bardzo ważne jest żeby równo zacząć.

W tej bombce użyłam czterech kolorów, czyli w pierwszej warstwie upięłam dwa kolory, w następnej dwa kolejne i tak na przemian. 

Warto na bieżąco kontrolować odległości między trójkątami i pilnować, żeby rzędy szły równo. Najtrudniej jest na środku kuli – tam gdzie obwód jest największy. Tkanina minimalnie tam na siebie zachodzi i jak coś zrobimy nie tak, to szpilki będą wystawać.

Trójkąty upinamy do niemal całkowitego zapełnienia kuli, zostaje nam tylko niewielki odkryty kawałek.

To odkryte miejsce maskujemy w dowolny sposób. Może to być kokarda, może być jakoś fajnie upięta wstążka, a mogą też być np. sztuczne kwiaty. Ja upięłam kawałki wstążek. 

Myślę, że efekt końcowy jest fajny i wart włożonej pracy i poświęconego czasu.

Porady praktyczne:

Do składania wstążki w trójkąty polecam używać ekierki, mi to ogromnie ułatwiło pracę.

Długość szpilek moim zdaniem nie jest aż tak ważna. O ile dobrze pamiętam, to przy tej bombce używałam chyba szpilek 24 mm, więc stosunkowo długich. Ważne, żeby szpilki były ostre.

Bardzo chciałam użyć tej złotej wstążki, ale ona ma dość dziwną strukturę i kompletnie nie chciała się zwijać, a że ta bombka miała być na prezent, to chciałam, żeby mi to dobrze wyszło. Wpadłam na pomysł, żeby złote trójkąty zaprasować i ta metoda się sprawdziła.

Bombki karczochowe można robić w pionie (opisana wyżej), albo w poziomie (zdjęcie poniżej).

Sposób wykonania obu bombek jest oczywiście identyczny. Różnica polega tylko na tym, że w bombce poziomej robimy naprzeciw siebie dwa początki, schodzimy do środka, gdzie mocujemy dookoła wstążkę, która maskuje końcówki trójkątów i na tej wstążce mocujemy kokardę.

W tej bombce lepiej widać ładne końcówki, ale kula niestety trochę traci swój kształt – może to tylko złudzenie, ale ja mam wrażenie, że wygląda jak jajo. 

Tak mi się spodobało to robienie bombek, że z okazji Mikołajek postanowiłam obdarować nimi moje koleżanki z pracy. Kilka wieczorów mi to zajęło, ale zdążyłam na czas.  

     

     

     

     

     

     

     

     

            

Te bombki nie są jakoś szczególnie różnorodne, ale kupiłam tylko kilka podstawowych kolorów wstążek i korzystałam z tego, co miałam. Widziałam w internecie, że są też inne rodzaje bombek wstążkowych, ale ja na razie ćwiczę tą metodę. Może na Wielkanoc spróbuję czegoś nowego.

Choinka na biurko

Niewielkim nakładem sił i środków można zrobić jakąś fajną ozdobę świąteczną – na przykład małą choinkę na biurko do pracy. Taką choinkę można zrobić np. z szyszek, z patyczków do lodów, z papierowej wikliny, z makaronu, z wacików kosmetycznych – możliwości jest mnóstwo. Ja w tym roku postawiłam na ozdoby ze wstążki satynowej. Inspirację znalazłam na YT, jest tam mnóstwo różnych tutoriali – nic tylko korzystać.

           

Potrzebne materiały:

  • Wstążka satynowa (szer. 25 mm)
  • Szpilki 
  • Styropianowy stożek (np 20 cm)
  • Coś do ozdobienia choinki (perełki, cekiny, kryształki)
  • Nożyczki, zapalarka, linijka

Pierwsza propozycja to choinka wykonana metodą karczochową. Zaczęłam od tego, że kilka metrów wstążki (około 6-8) pocięłam na równe paski o długości około 5-6 centymetrów. 

Następnie u podstawy stożka zamocowałam pasek wstążki. Wstążka oczywiście górą odstawała, ale zrobiłam dwie zakładki i było ok.

Kolejny krok to składanie kawałków wstążki w trójkąty i przypinanie ich warstwowo szpilkami do styropianowego stożka. 

Trójkąty przypinamy w samych rogach. Kolejną warstwę przypinamy na przemian z poprzednią. Nie umiem tego sensowniej wytłumaczyć, więc myślę że warto sobie spojrzeć na jakiś tutorial – na pewno to ułatwi sprawę.

Górę stożka zamaskowałam tym metalowym czymś od bombki choinkowej. Przykleiłam perełki i gotowe.

Ta choinka trafiła do mojej siostry i sprawiła jej sporą radość. Było to moje pierwsze doświadczenie z taką metodą robienia ozdób, więc siłą rzeczy brakowało mi wprawy, dlatego trochę to trwało, zanim pokryłam cały stożek wstążką, ale za drugim razem poszło mi już zdecydowanie sprawniej. 

Do kolejnej choinki użyłam dokładnie tych samych materiałów, tylko wstążkę do stożka upięłam trochę inaczej. Znów pocięłam wstążkę na paski długości około 6 cm, ale tym razem zrobiłam z nich nie trójkąty, a „łezki” zgrzewając ze sobą krótsze końce każdego kawałka. Do zgrzewania użyłam takiej zwykłej zapalarki.

Zaczynając od dołu poupinałam na zakładkę przygotowane wcześniej wstążeczki.

I tak warstwa po warstwie, aż do wierzchołka stożka.

Najtrudniejsze jest „zakończenie” choinki. Ciężko jest jakoś ładnie upiąć wstążeczkę na samym czubku. Tutaj nie udało mi się zakryć wszystkich szpilek, więc dodałam kokardę, żeby je zamaskować. Ta choineczka trafiła na moje biurko w pracy. 

Porady praktyczne:

Trafiła mi się bardzo miękka wstążka, którą ciężko się składało się w trójkąty, bo się „rozwijała”. Teraz już wiem, że lepsza jest wstążka sztywniejsza, taka która po złożeniu się od razu nie rozprostowuje. 

Do składania wstążki w trójkąty bardzo przydatna okazała się być ekierka. Kiedy wpadłam na pomysł składania wstążki na koncie prostym ekierki praca poszła mi dużo szybciej.

Niektórzy tną wstążkę na oko, ja tak nie potrafię. Niewygodnie było mi też ciąć od linijki, czy od innego paska. Dobrą miarką okazało się być pudełko po szpilach. Miało odpowiednią długość i wygodnie się cięło na lekkim podwyższeniu.

Nie wiem jakiej długości powinny być szpilki. Ja miałam różne – od 14 do 24 mm, ale najlepiej mi się pracowało z tymi o długości 20-22 mm, a najgorzej z tymi najkrótszymi.

Dekoracje na choinkę to już sprawa indywidualna. Mi za niewielkie pieniądze udało się kupić takie fajne połówki perełek z przylepcem, więc ich „aplikacja” była bardzo łatwa. 

PS Jak mi wyszły te choinki, to nabrałam ochoty na więcej i spróbowała zrobić bombkę karczochową, ale o tym napiszę w kolejnym poście.

Szyszkowa bombka

Listopad szybko mija, więc można się już powoli zabrać za przygotowanie jakiś nowych ozdób świątecznych. Na YT widziałam sporo różnych ciekawych inspiracji. Może spróbuję coś zrobić. Ale póki co postanowiłam stworzyć bombkę z szyszek olszyny. Zanim jednak zabrałam się do pracy musiałam najpierw pomaszerować do lasu po zasadniczy składnik – szyszki. Na szczęście wiedziałam dokładnie gdzie rosną te drzewa, więc dość szybko uwinęłam się z zebraniem odpowiedniej ilości „materiału” do pracy.

Materiały:

  • Styropianowa kulka
  • Brązowa farbka plakatowa
  • Pistolet i klej na gorąco
  • Wstążeczka
  • Koraliki (opcjonalnie)

Wykonanie:

Najpierw pomalowałam styropianową kulkę na brązowo, żeby prześwity między szyszkami były mniej widoczne. Kulę zostawiłam do wyschnięcia.

W międzyczasie przygotowałam szyszki – obcięłam im ogonki i lekko oczyściłam.

Będąc w sklepie ogrodniczym kupiłam mały stroik z czerwonych koralików (kosztował 5 zł), który postanowiłam użyć. Stroik rozłożyłam na części pierwsze i wycięłam z niego wszystkie koraliki. 

Kiedy kulka była już względnie sucha zabrałam się do pracy. Najpierw zamocowałam wstążeczkę – wieszaczek, a następnie wzięłam się za przyklejanie szyszek klejem na gorąco. Szyszki są malutkie, więc podczas ich klejenia trzeba wykazać się sporą cierpliwością. 

Tak wygląda kula w całości oklejona szyszkami:

Następnie w niektóre puste przestrzenie między szyszkami powklejałam czerwone koraliki.

Ostatni etap to przygotowanie kokardy, albo jakiegoś małego stroika. Ozdobę przykleiłam klejem na gorąco, blisko wieszczka.

A tak prezentuje się gotowa bombka:

Należy pamiętać, że gotowa bombka jest stosunkowo ciężka (szyszki i klej jednak swoje ważą). Planowałam zawiesić ją na stojaczku, ale mimo, że mam dość solidne stojaki, to i tak uginały się pod ciężarem bombki i nie wyglądało to dobrze. Dlatego moja bombeczka zawisła na ścianie, pod zegarem i całkiem fajnie się tam prezentuje. Może jeszcze popryskam ją lekko sztucznym śniegiem… Zastanowię się jeszcze…

Porady praktyczne:

Kiedy pracujemy z klejem na gorąco dobrze jest używać rękawiczek gumowych. W ubiegłym roku o tym nie pomyślałam i mocno poparzyłam sobie końcówki palców. Tym razem pracowałam w rękawiczkach i palce mam całe.

Styropianową kulkę najlepiej jest pomalować dzień wcześniej, tak żeby miała czas porządnie wyschnąć. Ja o tym zapomniałam i pracowałam z lekko mokrą kulką. Ciągle się brudziłam i palce mi się kleiły do farby.

W szyszkach są małe nasiona, które z czasem zaczynają wypadać. Po przyklejeniu szyszek, dobrzej jest porządnie „wytrzepać” kulę, tak żeby nasionka powypadały i później nie śmieciły.

Koszty:

Dla mnie koszty, które poniosłam w momencie przygotowywania się do zrobienia bombki to 7,00 złotych (styropianowa kulka i stroik z czerwonych koralików). Resztę materiałów miałam w domu z poprzednich lat (farbka, wstążki, pistolet, klej).

W ubiegłym roku też robiłam ozdobę z szyszek – drzewko z szyszek modrzewia. Jeśli ktoś chciały zobaczyć opis, to proszę kliknąć na poniższe zdjęcie.

Listopadowa Gwiazda Betlejemska

Któregoś dnia wstąpiłam do sklepu ogrodniczego, ale tylko żeby sobie popatrzeć… Miało nie być żadnych zakupów, bo przecież niczego nie potrzebuję… No i wyszłam z gwiazdą betlejemską… w listopadzie… ponad miesiąc przed świętami…

Wzięłam białą, a właściwie kremowo-zieloną. Ostatnio podobają mi się takie niejednoznaczne i trochę nietypowe kolory kwiatów.

Muszę tylko poszukać innej osłonki, bo ta w którą teraz wstawiłam poinsecję jest taka raczej wionenno-letnia. 

Roślinka stanęła na moim biurku, zajmując resztę wolnego miejsca, ale co tam, najwyżej wywalę drukarkę 😆