Co kupiłam w Rossmannie na promocji -55%

Ten wpis to taka moja drobna złośliwość i mała przekora, bo przeważnie pod tego typu tytułem kryje się wielka siata zakupów i tysiąc pięćset produktów „upolowanych” po atrakcyjnych cenach, a ja mam do pokazania zaledwie sześć kosmetyków. Przy okazji chciałam się też w Wami podzielić moim podejściem do zakupów w ogóle, a na promocjach w szczególności. Otóż nie mam nic przeciwko promocjom, jestem jak najbardziej na tak, tylko uważam, że trzeba do tego podchodzić z umiarem i zdrowym rozsądkiem (jak zresztą do prawie wszystkiego w życiu). Na przykład dlatego, że czasami czasami produkty na rzekomej promocji są droższe niż gdzie indziej w regularnej cenie, albo na krótko przed promocją (wyprzedażą) ceny są podwyższane, żeby później mieć z czego je obniżyć. Osobiście nie śledzę jakoś specjalnie cen. Orientuję się mniej więcej ile co kosztuje i staram się nie przepłacać. Poza tym staram się kupować to, czego w danym momencie potrzebuję, albo to, co mi się wkrótce skończy.  Idąc do sklepu przeważnie robię sobie listę zakupów i się jej trzymam, rzadko kupuję coś spoza listy. Dzięki temu nie wychodzę ze sklepu z torbą produktów kupionych pod wpływem chwili i impulsu, ale z tym co było mi potrzebne. Dzięki temu lepiej panuję nad wydatkami i nie otaczam się przedmiotami, które nie są mi potrzebne.

Ale przejdźmy już do zakupów w Rossmannie. Zazwyczaj kupuję tam tylko produkty do makijażu, bo pielęgnację stosuję niemal wyłącznie apteczną (ze względu na AZS). Tym razem kupiłam:

  • Mineralny puder matująco-wygładzający Eveline
  • Matująco-utrwalający puder ryżowy z Wibo
  • Tusz do rzęs Lash Sensational z Maybelline
  • Paletkę matowych cieni do powiek z Lovely
  • Maskarę do brwi Brows Gel Creator z Lovely
  • Kredka do brwi Brows Creator z Lovely

Pudry z Eveline stosuje od kilku lat z jestem z nich bardzo zadowolona. Tym razem kupiłam kolor  20 transparent, ale używałam też 21 ivory i 23 sand. Uważam, że puder ładnie stapia się ze skórą i sprawia, że twarz wygląda świeżo i gładko, ponadto dobrze matuje i nie zapycha porów. Opakowanie jest estetyczne i trwałe, zawiera 9 g produktu, wyposażone jest w lusterko i płatek (osobiście nie używam ani jednego, ani drugiego).

Ten produkt kupiłam po raz pierwszy, zdecydowałam się na niego z polecenia i dopiero raz go użyłam, ale wydaje się być w porządku. Jest to puder sypki, transparentny, wyprodukowany na bazie mączki ryżowej, dzięki niemu cera ma podobno na długo pozostawać matowa i aksamitna. Zobaczymy jak sprawdzi się u mnie. Opakowanie jest plastikowe, zawiera 5,5 g produktu.

Ten tusz to u mnie już klasyka. Czasami kupuję inne, ale koniec końców i tak wracam do tego z Maybelline. Odpowiada mi kształt szczoteczki, uważam, że jest świetnie wyprofilowana i ładnie tuszuje i podkręca rzęsy (chociaż uważam, że jeśli chodzi o rozczesywanie rzęs, to lepsza jest szczoteczka z maskary Volume Million Lashes z L’OREAL-a) . Jedyne co, to nie lubię tego tuszu jak jest taki bardzo świeży, wolę go po kilku użyciach, jak już trochę „podeschnie”. Opakowanie ma pojemność 9,5 ml

Do tej pory nie miałam żadnej paletki cieni do powiek – używałam kilku pojedynczych cieni, ale uznałam, że na próbę kupię sobie coś niedrogiego. Wybór padł na paletkę Choco Bons z Lovely (paletka naprawdę lekko pachnie czekoladą). Cienie są matowe, dość dobrze napigmentowane, przyzwoicie się blendują. Granatowego i czarnego cienia raczej nie wykorzystam, ale pozostałe jak najbardziej tak. Zestaw jest nieduży (6 g), opakowanie plastikowe, bez lusterka, w zestawie znajduje się dwustronny aplikator (raczej nieprzydatny). 

Świetny produkt. Szukałam czegoś do brwi i znajoma mi go poleciła, ale jak go odkręciłam i zobaczyłam, że to maskara to stwierdziłam, że to nie dla mnie. Uznałam, że mam za rzadkie brwi i nie mam tam co malować. Po pewnym czasie się jednak skusiłam i postanowiłam ją wypróbować. Bardzo mi ten produkt przypadł do gustu. Maskara jest łatwa w użyciu. Spiralka jest mała, o odpowiedniej szerokości. Brwi „robi się” nią szybko i sprawnie. Efekt jest zauważalny – brwi są wyraźniejsze i bardziej widoczne, ale nadal wyglądają naturalnie. Dużą zaletą tego produktu jest całkiem przyzwoita trwałość – u mnie efekt utrzymuje się aż do zmycia makijażu. Z kolei dużą wadą jest niewielki wybór kolorów – są tylko dwie opcje: jaśniejsza – lekko wpadająca w brąz i ciemniejsza – w bardziej szarym odcieniu. Wybrałam jaśniejszy kolor, a jako uzupełnienie wzięłam sobie jeszcze kredkę z tej samej serii, ale tą ciemniejszą. 

Przyzwoity produkt za niewielką ceną. Korzystałam już wcześniej z tej kredki, byłam i jestem z niej zadowolona, chociaż jej używanie przychodzi mi z większym trudem niż używanie maskary do brwi Lovely. Od kiedy mam maskarę kredki używam tylko do „wykończenia” brwi. Wybrałam kolor 2.

Była promocja, więc z niej skorzystałam i zapłaciłam o połowę mniej, ale gdybym kupiła te produkty w regularnej cenie, to też bym się nie zrujnowała, bo są w dość przystępnych cenach. Myślę, że wszystkie opisane przeze mnie kosmetyki mogę spokojnie i z czystym sumieniem polecić. W mojej ocenie są to dobre produkty, które można aktualnie kupić w korzystnej cenie.

Wszystkie produkty są podlinkowane do Drogerii Internetowej Rossmann. Tekst nie jest sponsorowany.

Reklamy

Marcowa niedziela w Wielkopolsce

Tegoroczny marzec pogodowo był u nas bardzo różnorodny, dokładnie tak jak w przysłowiu – w marcu jak w garncu. Była prawdziwie mroźna zima i była też piękna słoneczna wiosna, ale żeby było ciekawiej, to na początku marca była wiosna, a pod koniec miesiąca przyszła zima. Podczas jednej z takich wiosennych ciepłych niedziel niespodziewanie narodził się pomysł na rodzinną wycieczkę. Plan był taki, żeby pobyć trochę na świeżym powietrzu w jakiejś ładnej okolicy, żeby przy okazji coś zwiedzić i żeby to nie było nazbyt daleko. Pomysł pojawił się około 9:00 rano, a godzina wyjazdu została wyznaczona na 10:00! Chyba jeszcze nigdy tak szybko się nie wyszykowałam, w godzinę ogarnęłam śniadanie, kąpiel, włosy, makijaż, ładowanie sprzętów, itp. I zostało mi jeszcze jakieś 5 minut w zapasie! Ale do rzeczy. Wybór padł na Wielkopolskę – zdecydowaliśmy się pojechać najpierw do Głuchowa, a później do Rogalina. Oba te miejsca postaram się krótko opisać i zilustrować zdjęciami w dwóch w oddzielnych postach. Zapraszam.

Takie spontaniczne wyjazdy są świetne i przeważnie bardzo udane, ale warto też czasami coś zaplanować i wcześniej trochę poczytać, żeby nie przegapić czegoś ciekawego. My czytaliśmy po drodze w internecie. Cóż można i tak…

Gołuchów – Zamek, Park, Żubry (11/03/2018)

Głuchów leży w Wielkopolsce, w powiecie pleszewskim. Znajduje się tam wczesnorenesansowy zamek obronny, w którym mieści się Oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu z ekspozycją zabytkowych wnętrz i dzieł sztuki, a w oficynie zamku mieści Muzeum Leśnictwa i restauracja.

Początkowo zamierzaliśmy zwiedzić ten zamek, ale pogoda była tak piękna, że ostatecznie wybraliśmy przebywanie na świeżym powietrzu, tym bardziej, że budowla jest otoczona ogromnym parkiem urządzonym w stylu angielskim, zawierającym wiele okazów rzadkich i egzotycznych drzew, a w pobliskim lesie mieści się pokazowa zagroda dla zwierząt, w której mieszkają między innymi żubry i daniele.

Pogoda tego dnia była naprawdę piękna, było słonecznie i ciepło. Spacer po parku był prawdziwą przyjemnością. Śpiewały ptaki, dzięcioł tak hałasował, że słychać go było wszędzie, dookoła wspaniale pachniało wiosną. Mimo, że krajobraz był jeszcze trochę zimowy, to i tak było pięknie. Zapraszam do obejrzenia zdjęć:

Bezpośrednio z parku można skręcić do pobliskiego lasu i dojść do pokazowej zagrody zwierząt. Obecnie hodowane są tam cztery gatunki zwierząt: żubry, daniele, konie polskie i dziki. Hodowla dzikich zwierząt w zagrodzie stanowi nawiązanie do dawnej tradycji utrzymywania zwierzyńców w pobliżu rezydencji magnackich.

Myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócę, bo naprawdę warto. W internecie przeczytałam, że w okolicy Gołuchowa znajduje się największy w Wielkopolsce głaz narzutowy – kamień św. Kingi, przy którym można sobie zorganizować przystanek w podróży. Poza tym, chciałabym zobaczyć gołuchowski park wiosną albo latem, no i chciałabym też zwiedzić tamtejszy zamek.  Jest więc kilka powodów, żeby do Gołuchowa jeszcze kiedyś wrócić…

PS Nie wiem ile kosztuje zwiedzanie zamku, natomiast wstęp do parku był darmowy, bezpłatny był również pobliski parking.

Rogalin – Pałac, Powozownia, Park i Dęby (11/03/2018)

Rogalin to wieś w Wielkopolsce, w gminie Mosina. Znajduje się tam XVIII-wieczny pałac wybudowany przez Kazimierza Raczyńskiego, który na przestrzeni przyszłych wieków, był udoskonalany przez jego potomków. Obecnie pałac jest oddziałem Muzeum Narodowego w Poznaniu.

Nie będę tu opisywać dziejów tej rezydencji. Bardziej chciałaby się skupić na moich wrażeniach z tego miejsca.

Z zewnątrz budowla wydaje się być ogromna, jej widok w pełnej okazałości jest imponujący i robi duże wrażenie. Tren wokół jest zadbany, a zabudowania odnowione.

Po tak okazałej z zewnątrz rezydencji spodziewałam się przestronnych wnętrz, ale ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam pokoje, które były oględnie mówiąc małe, żeby nie powiedzieć ciasne, a niektóre sprzęty wydawały się wręcz miniaturowe, ale podobno kiedyś ludzie byli mniejsi (niżsi).

Pomijając ten fakt, trzeba przyznać, że wnętrza pałacu zostały odrestaurowane z dużą starannością i dbałością o szczegóły. Z zaciekawieniem oglądałam kominki, meble, obrazy, żyrandole czy sprzęty codziennego użytku, które znajdują się na wyposażeniu pałacu.

Duże wrażenie zrobiła na mnie bogato zdobiona pałacowa biblioteka, która została wspaniale odtworzona. Oryginalne wnętrze nie dotrwało niestety do naszych czasów, nie zachował się również księgozbiór. Książki, który obecnie wypełniają półki biblioteki mają wartość historyczną, ale nie są związane z rodziną Raczyńskich.

Z pałacu udaliśmy się do parku, a stamtąd ruszyliśmy w kierunku słynnych rogalińskich dębów. Park obok pałacu jest przepiękny i dobrze utrzymany.

Okazałe drzewa rosną w zachodniej części parku. Najsłynniejszymi wśród nich są Lech, Czech i niewiele od nich starszy, liczący sobie około 700 lat Rus. Dęby są mocno nagryzione zębem czasu i warunkami atmosferycznymi, ale i w tym jest jakiś urok.

Tereny nieco oddalone od pałacu są już trochę mniej zadbane, ale po drodze można podziwiać ładne widoki. 

Po powrocie z parku udaliśmy się do powozowni. Obok różnych powozów, można zobaczyć tam też sanie i lektyki oraz różne akcesoria podróżne. O powozowni nie wiem co powiedzieć – byłam, zobaczyłam i tyle. Zabrakło mi tu przewodnika – jakiegoś żywego słowa, ciekawej opowieści.

Czy warto zobaczyć to miejsce? Zdecydowanie tak. Miło spędziłam tam czas, zdobyłam trochę nowej wiedzy, zobaczyłam piękne miejsca i odpoczęłam. 

Co do spraw organizacyjnych, to w pobliżu pałacu znajduje się bezpłatny parking. Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się sklep z pamiątkami, toalety i restauracja. Zwiedzać można np. pałac, galerię obrazów, powozownię i inne. Normalny bilet wstępu kosztuje od 15 do 35 złotych w zależności od wybranej opcji, zwiedzanie powozowni jest dodatkowo płatne. Zwiedzanie pałacu trwa około 45 minut i odbywa się w asyście straży muzealnej, która pilnuje porządku i przestrzegania zasad zwiedzania. Zwiedzający otrzymują zestaw słuchawkowy z wgraną audiowycieczką po wnętrzach pałacu w Rogalinie. W pałacu można robić zdjęcia, ale bez lampy błyskowej.

Pasta z łososia wędzonego

Ostatnio niemal całkowicie odrzuciło mnie od wędlin i mięsa, a ciągnie mnie do ryb pod każdą postacią. W związku z tym dziś na kolację zrobiłam pastę z wędzonego łososia. Przepis bardzo prosty, wykonanie szybkie, efekt smaczny.

Potrzebne produkty:

  • Wędzony łosoś
  • Jajka
  • Cebula
  • Serek topiony
  • Koncentrat pomidorowy
  • Majonez
  • Przyprawy (sól, pieprz, słodka papryka)
  • Zielenina (natka pietruszka, koperek lub szczypiorek)

Jajka ugotować na twardo i drobno posiekać (można użyć całych jajek, albo samych żółtek). Łososia pokroić w drobną kostkę (w zasadzie łososia należałoby zmielić w maszynce, ale mi się przeważnie nie chce jej wyciągać i później myć, więc najczęściej kroję). Posiekać na drobno cebulkę (cebuli nie należy mielić, czy siekać mechanicznie, bo puści sok i będzie gorzka).

Posiekane składniki dokładnie wymieszać ze sobą, dodać serek topiony, koncentrat pomidorowy, majonez, przyprawić do smaku, na koniec dodać dowolną zieleninę.

Pastę podawać na świeżym chrupiącym pieczywie np na bagietce, albo na krakersach.

Co do proporcji, to zależy od ilości łososia. Ja tym razem zużyłam pół opakowania ryby, do tego dałam dwa żółtka, jedną niedużą cebulkę, jeden trójkąt serka topionego, pół łyżeczki koncentratu pomidorowego, łyżeczkę majonezu. 

W zasadzie w ten sam sposób można zrobić pasty kanapkowe o różnych smakach, wystarczy tylko zmienić główny składnik i ewentualnie przyprawy. Zamiast łososia można na przykład użyć wędzonej makreli, tuńczyka, szynki, albo zrobić pastę tylko z jajek.

Zimowe czapki dla maluchów – dwa wzory

Chciałam Wam pokazać dwie czapeczki, które powstały tej zimy dla najmłodszych członków naszej rodziny. Czapki nie są mojego autorstwa. Zrobiła je moja mama, która ma już naprawdę duuużo lat, a ciągle ma jakieś fajne pomysły i ciągle chce jej się coś robić. Bardzo ją za to podziwiam. Kiedy robiła tę różową czapeczkę, to marudziłam, że będzie za różowa i za mdła, ale mama nie ustąpiła i zrobiła ją po swojemu i jak  już była skończona, to musiałam przyznać, że ładnie wyszło.

  • Dla dziewczynki:

 Dla chłopca:

Czapki od środka są wyfutrowane miękką bawełnianą tkaniną, żeby były cieplejsze i miłe dla dziecięcych główek, no i w ten sposób można ukryć lewą stronę czapki. 

Kwiatowa sesja zdjęciowa

Nie lubię Dnia Kobiet i w zasadzie wolałabym, żeby tego „święta” nie było, ale jest, więc nie ma się co obrażać na rzeczywistość, tym bardziej, że skutki tego dnia bywają całkiem miłe. Na przykład kwiaty, które przez kilka najbliższych dni (a nawet tygodni) będą cieszyć moje oczy…

Łosoś na szybko

Dziś mam dla Was przepis na szybki obiad, albo kolację. Będzie to łosoś z pieczonymi ziemniakami. Czas potrzebny na przygotowanie tego posiłku do najwyżej godzina.

Potrzebne produkty:

  • filet z łososia,
  • cebula (2-3 średnie),
  • tłuszcz do smażenia (masło),
  • przyprawy (sól, pieprz, majeranek, vegeta)
  • ziemniaki,
  • surówka

Filet z łososia umyć i sprawdzić, czy nie zostały w niem jakieś ości, osuszyć papierowym ręcznikiem, pokroić na porcje. Rybę przyprawić pieprzem i vegetą, następnie obtoczyć w majeranku lub innych ziołach. Zostawić na trochę, żeby się „przegryzło” z przyprawami.

Przygotować ziemniaki. Obrane i pokrojone w półplasterki ziemniaki krótko podgotować (około 5 minut), przyprawić je solą, pieprzem i czerwoną słodką papryką, skropić olejem. Nakrycie od naczynia żaroodpornego posmarować od środka masłem i ułożyć w nim podgotowane ziemniaki.

W międzyczasie obrać cebulę i pokroić ją w piórka. Cebulę podsmażyć na maśle, tak żeby się zeszkliła. Ostawić.

Rybę opanierować w mące i obsmażyć krótko na maśle (tak żeby się lekko zrumieniła). Naczynie żaroodporne wysmarować masłem, na spód wyłożyć połowę podsmażonej cebuli, na niej ułożyć kawałki  łososia, przykryć je resztą cebuli, dodać kilka małych kawałków masła i wlać kilka łyżek wody.

Naczynie nakryć przykrywką z ziemniakami i wstawić na około pół godziny do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni (z termoobiegiem). Ziemniaki można nakryć folią aluminiową, żeby za bardzo się nie spiekły.

Podawać z dowolną surówką, albo z gotowanymi warzywami, które na przykład zostały z nam z rosołu. Można je pokroić w plasterki i dołożyć do ryby, albo ziemniaków, żeby się podgrzały.

Tak przygotowana ryba jest bardzo smaczna – miękka, wilgotna, delikatna w smaku, no i przygotowanie tego posiłku jest proste i szybkie.

Jeżeli zostanie mi tej ryby z obiadu, to używam jej do przygotowania pasty na kanapki, ale to się bardzo rzadko zdarza, bo ile bym nie zrobiła tego łososia, to przeważnie znika w całości.

Łosoś nie jest tani (40-60 złotych za kilogram), zresztą w ogóle ryby są stosunkowo drogie, ale mimo to staram je dość regularnie przygotowywać. Trafiają się też różne promocje, więc można je czasem kupić w niższej cenie. Osobiście wolę ryby od mięsa.

Dziwna zima, spacery i śmieci (02/2018)

Już Wam kiedyś pisałam, że lubię zimę, ale w tym roku nie miałam zbyt wielu okazji żeby jej doświadczyć. Jak spadł śnieg to było dość ciepło i wszystko szybko stopniało, a jak teraz jest solidny mróz, to nie ma ani grama śniegu. W dodatku z powodu braku czasu i niezbyt dobrego samopoczucia ostatnio mocno się „zasiedziałam”. Wprawdzie codziennie, niezależnie od pogody dreptam pieszo do pracy i z powrotem, ale nic poza tym… Dlatego postanowiłam, że chociaż w weekendy muszę się zdobyć na jakąś aktywność, a że na rower jest za zimno, to chodzę na długie spacery, tak około 5-7 kilometrów. Dziś pogoda była niemal idealna (jak dla mnie) – około 8 stopni mrozu, lekki wiatr i bardzo słonecznie. Nie wiem, czy w powietrzu był smog, ja go nie czułam. W naszej części świata, o tej porze roku na zewnątrz nie ma zbyt wielu barw i pięknych widoków, ale jak świeci słońce to zazwyczaj świat wydaje się ładniejszy. Poniżej zostawiam kilka zdjęć z mojego niedzielnego spaceru.

Pod koniec przechadzki natknęłam się na coś, co kompletnie wytrąciło mnie z równowagi. Otóż w niewielkim lasku znajdującym się przy mało uczęszczanej drodze natrafiłam na świeżo wysypane śmieci. Były tam resztki spożywcze, tekturowe opakowania, szklane i plastikowe butelki, jakieś folie i tym podobne – takie typowe domowe śmieci. Wiatr rozniósł lżejsze przedmioty po okolicy i wszędzie w promieniu kilkunastu metrów leżały np plastikowe butelki i foliowe woreczki.

Po prostu ręce opadają… Nie jestem w stanie tego zrozumieć… Po pierwsze: jak można?! Jak można spakować swoje śmieci i wywieźć je do lasu?! A po drugie: po co?! W mojej miejscowości gospodarowanie odpadami komunalnymi jest całkiem nieźle zorganizowane, a płacić za śmieci musi każdy, więc po co wywozić coś do lasu, skoro można to wrzucić do pojemnika pod blokiem, albo w wyznaczonym dniu wystawić śmieci przed posesję.

Śmieci leżały w niewielkim wąwozie i zejście do nich było dość utrudnione, dlatego odpuściłam, ale gdyby dostęp do nich był łatwiejszy, to chętnie bym w nich poszperała… Może znalazłabym tam jakiś adres, albo rachunek z nazwiskiem…

65 Światowy Dzień Trędowatych

Każdego roku w ostatnią niedzielę stycznia (w tym roku 28/01/2018) obchodzony jest Światowy Dzień Chorych na Trąd. Dzień ten został ustanowiony z inicjatywy francuskiego podróżnika, poety i dziennikarza Raoula Follereau i jest obchodzony od 1954 roku w około 150 krajach na świecie. Jest okazją do zwrócenia uwagi świata, szczególnie jego bogatej części, na problem ludzi chorych na trąd i wyrażenia solidarności z nimi. W Polsce od 1995 roku Światowy Dzień Trędowatych organizowany jest przez Fundację Polskę Raoula Follereau.

Osobiście z tematem tej strasznej choroby zetknęłam się kilka lat temu za sprawą misjonarza, który miał w mojej parafii prelekcję na ten temat. Wcześniej nie miałam świadomości, że trąd jest nadal obecny na świecie. Ku swojemu zaskoczeniu dowiedziałam się wtedy, że ludzie nadal na trąd chorują i że nadal pojawiają się nowe zarażenia, mimo że od ponad dwudziestu lat jest to choroba uleczalna.

Przytoczę teraz nieco informacji, które znalazłam w internecie:

Okazuje się, że w najuboższych rejonach globu nadal żyją i cierpią ludzie dotknięci chorobą, o której już dawno zapomniał bogaty świat. Trąd bowiem rozwija się w obszarach biedy, tam gdzie brakuje wody, pożywienia, oświaty, dostępu do medycyny, gdzie ludzie walczą o przeżycie następnego dnia. Nie wyeliminujemy trądu bez podniesienia poziomu życia najbiedniejszych. Inicjator ustanowienia Światowego Dnia Trędowatych Raoul Follereau mówiąc o trądzie, dodawał że chodzi o trąd „w każdej jego postaci”, mając też na uwadze trąd duchowy i moralny. Brak wiedzy sprawia, że chorzy, którzy zauważyli pierwsze objawy trądu zamiast szukać pomocy chowają się w głębi puszczy albo na pustyni. Nie potrafią też zdiagnozować swojego stanu zdrowia. Inni nie potrafią opanować panicznego leku przed ludźmi, którzy noszą na sobie znamiona trądu. To brak higieny, niedożywienie powodują, że osłabione organizmy stają się podatne na różnego rodzaju choroby. Dlatego w strategię walki z trądem wpisuje się walka o godność człowieka, o sprawiedliwość społeczną i solidarność międzynarodową. Bez pomocy krajów rozwiniętych nie da się uratować ludzi od strasznych chorób, o których już dawno zapomniano w bogatym świecie.

Jeżeli chodzi o walkę z tą chorobą, to wytworzył się tu pewien paradoks, bo leki na trąd są bezpłatne, ale nie można ich dostać w aptekach, wydaje je WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) na wniosek Ministerstw Zdrowia poszczególnych państw, ale niektóre rządy o nie nie wnioskują, bo ogłosiły, że u nich ta choroba już nie występuje. Tymczasem Misjonarze prowadzący w tych krajach lazarety ciągle zgłaszają nowe przypadki zachorowań, ale nie mają leków i brakuje im środków finansowych na opiekę nad tymi chorymi.

Od kiedy dowiedziałam się, że problem trądu jest nadal obecny na świecie, staram się chociaż symbolicznie, niewielką kwotą wesprzeć walkę z tą straszną chorobą. Robię to za pośrednictwem Fundacji Polskiej Raoula Follereau.

Zostawiam Wam te informacje pod rozwagę, nikogo do niczego nie namawiam, każdy ma własne cele i przemyślenia, i sam decyduje komu i jak pomaga, ale myślę, że warto o tym wiedzieć, być świadomym problemu. Obawiam się większości osób leprozorium czyli kolonia trędowatych kojarzy się tylko z atrakcją turystyczną na wyspie Spinalonga, którą można odwiedzić będąc na wakacjach w Grecji, a to w niektórych krajach świata jest ciągle obecna tragiczna rzeczywistość.

Źródło: https://follereau.org/f/?p=4002

Dobiegł końca kolejny rok. Znów będziemy się rozliczać z podatku dochodowego. Nie bądźmy obojętni. Znajdźmy cel, który wesprzemy swoim 1%. To nic nie kosztuje. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy mogą, a tego nie robią…