Jedzenie w upały i na upały

Myślę, że brak apetytu, czy wręcz niechęć do jedzenia podczas upałów nie jest niczym wyjątkowym i wiele osób tak ma. Ja wtedy jem zdecydowanie mniej niż zwykle i trochę inaczej, bo zwyczajnie na nic nie mam ochoty, a już najbardziej nie czuję potrzeby jedzenia gorących, czy rozgrzewających potraw.

Moja dieta w upalne dni to głównie owoce i soki, do tego sałata, pomidory i ogórki z własnego ogródka, kompot ze swojskich jabłek i jakoś ta się przetrwać…

Jednak przynajmniej od czasu do czasu, nawet w upały wypadałoby zjeść coś gotowanego. I tu z pomocą przychodzą starodawne potrawy, na przykład młoda kapusta zamarzana, prażonki, albo zupa owocowa, czy mizeria z sałaty i do tego tłuczone ziemniaki i maślanka do popicia, albo gzika i kartofle w mundurkach. Pyszota…

Pamiętam, że tak się jadało u mojej babci na wsi i było pysznie. U mnie w domu od czasu do czasu też się tak jada. Powiem Wam, że w upalny dzień nie ma lepszego obiadu, jak tłuczone młode ziemniaki z koperkiem, do tego smażone albo sadzone jajko i kubek zimnej maślanki. Kiedyś ludzie jedli tak z biedy, dziś to miła odmiana.

A wiecie co dzisiaj zjadłam na kolację? Swojski chleb z masłem i ze solą (kłodawską) i do popicia zimna maślanka. Dawno nic mi tak nie smakowało! 

Przy okazji tego wpisu przypomniało mi się kilka nazw (zwrotów), związanych z jedzeniem, jakich używała moja babcia i mama, a i mi się też czasem zdarzy tak mówić… 

  • bedki – grzyby
  • chabas, chabanina – kiepskie mięso (gorszego gatunku) 
  • galat – galareta mięsno-warzywna
  • gzika (gzik) – twaróg ze śmietaną i szczypiorkiem (cebulką) 
  • leberka – pasztetowa, wątrobianka
  • młodzie – drożdże 
  • plendze – placki ziemniaczane
  • pyrki – ziemniaki
  • pyrki duszone – purée ziemniaczane 
  • pyrki ze skórą – ziemniaki w mundurach 
  • szneka z glancem – bułka drożdżowa z lukrem
  • sznytka – kromka chleba 
  • szpryt – spirytus
  • ślepe ryby – zupa kartoflana 
Reklamy

SIRUWIA – Ogród Japoński w Przesiece (07/2018)

Wracając z wycieczki na Chojnik zostało nam jeszcze trochę czasu i postanowiliśmy go spędzić w jakimś miłym i pięknym miejscu. Po krótkich acz intensywnych poszukiwaniach wybór padł na stosunkowo nową atrakcję w tamtejszej okolicy, a mianowicie na Ogród Japoński w Przesiece.

Na początek pozwolę sobie podać garść informacji o tym miejscu, które znalazłam w internecie. Otóż początkowo miał to być ogród prywatny, jednak z biegiem lat właściciele postanowili zmienić tę koncepcję i przekształcili go w atrakcję turystyczną. Obecnie ogród zajmuje powierzchnię około 1,5 hektara i nadal się rozwija. Jego twórcy wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i umiejscowione tam dwa źródełka.

W ogrodzie znajduje  się bogaty zbiór roślin ozdobnych, krzewów i drzew charakterystycznych dla ogrodów Japonii.

Roślinność pięknie się rozwija pośród kilku stawów, strumieni i wodospadów.

Całość dopełniają tak charakterystyczne dla ogrodów japońskich żwirowe i kamienne ścieżki, kamienne kompozycje, mostki i elementy małej architektury. 

Na terenie ogrodu znajduje się mały pawilon, w którym prezentowane są przedmioty związane z Japonią, głównie z kulturą samurajów.

Przydatne informacje:

  • Ogród jest czynny od maja do listopada, we wszystkie dni tygodnia, od godziny 9:00 do 18:00
  • Normalny bilet wstępu kosztuje 20,00 PLN
  • W cenie biletu jest przewodnik, który o pełnych godzinach rozpoczyna oprowadzanie turystów po ogrodzie.
  • W niewielkim punkcie gastronomicznym można skosztować napojów i przekąsek tematycznie związanych z tym miejscem, choć nie tylko.
  • Podobno na terenie ogrodu można bezpłatnie skorzystać z toalety, ale nie jestem tego pewna.
  • Na terenie posesji znajduje się bezpłatny parking.

A teraz moje wrażenia po zwiedzeniu tego miejsca. Ogród jest piękny. Jest enklawą ciszy i spokoju. Przebywanie w nim jest prawdziwą przyjemnością. Widać ogrom pracy, jaki został włożony w przekształcenie tego kawałka karkonoskiego lasu w ogród japoński. Jestem pełna podziwu dla ludzi tam pracujących za ich zaangażowanie i pasję. Pani przewodniczka, która oprowadzała naszą grupę była bardzo miła i ciekawie opowiadała o roślinach i o tym miejscu. Moja wiedza na temat ogrodów japońskich i feng shui jest praktycznie żadna, więc z zaciekawieniem słuchałam tego co mówiła. Warto najpierw zwiedzić ogród z przewodnikiem, a później obejść go jeszcze raz samemu i na spokojnie porobić zdjęcia i nacieszyć się widokami. To naprawdę piękne miejsce i warto je zobaczyć, ale…

No właśnie, zawsze jest jakieś ale… Przede wszystkim uważam, że cena biletów 20,00 złotych od osoby jest zdecydowanie za wysoka. Ja rozumiem, że jest to przedsięwzięcie prywatne, wymagające ogromnych nakładów finansowych, ale wydaje mi się, że cena powinna jednak być adekwatna do oferowanej „usługi”, a nie tylko do poniesionych kosztów. Moje drugie zastrzeżenie dotyczy drogi dojazdowej, która jest wąska, niebezpieczna i ma złą nawierzchnię. Jedynym plusem tej drogi jest to, że jest jednokierunkowa, więc nie grozi nam mijanie się z innymi samochodami. Jadąc tą drogą (na szczęście jako pasażer) miałam duszę na ramieniu i żałowałam, że się tam w ogóle wybraliśmy. Z wyjechaniem z tego miejsca też jest niewiele lepiej – wprawdzie droga jest lepszej jakości, ale też jest wąska i bardzo stroma.

Zamek Chojnik (07/2018)

W jeden z pogodnych lipcowych weekendów wybraliśmy się w Karkonosze, żeby trochę odpocząć i coś zwiedzić, między innymi chcieliśmy zobaczyć Zamek Chojnik.

Trochę faktów:

W Sobieszowie (obecnie jest to dzielnica Jeleniej Góry), na szczycie dużego wzniesienia (612 mnpm) znajdują się jedne z najbardziej znanych ruin zamkowych na Dolnym Śląsku – Zamek Chojnik. Twierdza powstała w XIV wieku jako jeden z elementów fortyfikacji granic księstwa, którym władał wtedy Bolko II zwany Małym. Podobno jest to jedyna w Europie warownia, która nigdy nie została zdobyta. Pokonał ją dopiero pożar, który wybuchł w 1675 roku od uderzenia pioruna. 

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_Chojnik#/media/File:.Chojnik_Castle.png

Bez żadnych problemów dotarliśmy do południowej dzielnicy Jeleniej Góry – Sobieszowa. Tam na jednym z parkingów znajdujących się przy ulicy Zamkowej zostawiliśmy samochód. Pan zarządzający parkingiem udzielił nam kilku porad odnośnie trasy, którą warto wybrać. Przy ścieżce wiodącej na szlak znajdują się stoiska z pamiątkami i napojami. Góra i zamek znajdują się na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego, więc przed wyruszeniem w drogę trzeba kupić bilet wstępu. Od strony Sobieszowa do zamku prowadzą dwa malownicze szlaki turystyczne: czarny – trudniejszy i czerwony – spacerowy. My na wejście na górę wybraliśmy czarny, a z powrotem czerwony i była to bardzo słuszna decyzja. Podejście czarnym szlakiem może nie jest najłatwiejsze, ale bez przesady, myślę że większość osób sobie z tą drogą poradzi. Szlak jest bardzo urozmaicony prowadzi po brukowanej drodze, kamiennych schodach, skałach i korzeniach. Owszem w podejście trzeba włożyć trochę wysiłku i należy zachować ostrożność, ale nie jest to żadna karkołomna wspinaczka tylko trochę trudniejsze podejście.

Ludzi na szlaku było sporo, ale że każdy idzie swoim tempem, to nie szliśmy w żadnym tłoku, a wręcz chwilami byliśmy całkiem sami. Kiedy już dotarliśmy na szczyt naszym oczom ukazały się mury zamku.

,

Bilet do KPN nie uprawnia do zwiedzania zamku, żeby wejść na teren warowni trzeba zapłacić za wstęp. Idąc za innymi zwiedzającymi trafiliśmy na dziedziniec, gdzie znajduje się XV-wieczny pręgierz, imponujące drzewa i ławeczki, na których można chwilę odpocząć i ochłonąć po trudach wspinaczki na górę.

Można tam też wysłuchać prezentacji multimedialnej o zamku i legendach z nim związanych. Na przykład o Kunegundzie, córce właściciela zamku. Kaprysem dziewczyny było, żeby każdy starający się o jej rękę objechał konno w pełnej zbroi zamkowe mury. Długo nikomu się to nie udawało, a kolejni śmiałkowie ginęli spadając w przepaść. Pewnego razu przybył na zamek rycerz z Krakowa, który dokonał tego karkołomnego wyczynu, kiedy jednak oczarowana księżniczka ofiarowała mu swoją rękę – odrzucił jej starania i odjechał. Poniżona i niechciana panna rzuciła się w przepaść z murów, z których spadali śmiałkowie wysyłani przez nią na śmierć. Do dziś podobno można zobaczyć ducha jednego z rycerzy, który konno objeżdża zamkowe mury w księżycowe noce.

Kiedy już odpoczęliśmy ruszyliśmy na zwiedzanie zamku. Do obejrzenia jest dziedziniec, coś na kształt kaplicy, mury i wieża.

Jedną z największych atrakcji tego miejsca jest widok z zamkowej wieży na Karkonosze i Kotlinę Jeleniogórską. Jednak żeby móc te widoki podziwiać trzeba się najpierw na tę wieżę wspiąć, pokonując wiele krętych i stromych schodów.

Osoby z lękiem wysokości i klaustrofobią powinny dobrze się zastanowić przed wejściem na wieżę, bo jest to dość wysoko i wchodzi się po różnych rodzajów schodów, między innymi po zabiegowych i kręconych, a schodzi się wewnątrz wieży, gdzie miejscami jest nisko, ciasno i ciemno, a stopnie są wąskie.

Ale warto. Naprawdę warto! Widoki są piękne i imponujące. Przy dobrej pogodzie widać Śnieżkę i niemal całą Dolinę Jeleniogórską.

Warto tak zorganizować sobie dzień, żeby bez pośpiechu obejrzeć ruiny zamku, posiedzieć tam chwilę w spokoju, przejść się wzdłuż murów i nacieszyć się pięknymi widokami.

Obecnie zamek jest siedzibą Stowarzyszenia Bractwa Rycerskiego Zamku Chojnik, które co roku, w sierpniu, organizuje tam Rycerski Turniej Kuszniczy „O Złoty Bełt Chojnika”. Ja osobiście takich atrakcji nie lubię, mimo to myślę, że dla niektórych zwiedzających (szczególnie dla rodzin z dziećmi) będzie to fajne urozmaicenie.

W obrębie zamku znajduje się schronisko z restauracją i miejscami noclegowymi. Można tam skorzystać z toalety (odpłatnie).

W drogę powrotną ruszyliśmy czerwonym szlakiem. Jest to dość szeroka wybrukowana droga, która wiedzie cały czas przez las.

Schodzi się tamtędy łatwo i szybko, ale w porównaniu z czarnym szlakiem ta droga jest nieco monotonna, chociaż i tam można zobaczyć imponujące skały i piękne widoki.

Ceny (bilety normalne):

  • Parking (Jelenia Góra – Sobieszów, ul. Zamkowa) – 10,00 PLN
  • Wejście do Karkonoskiego Parku Narodowego – 6,00 PLN
  • Wejście na Zamek Chojnik – 6,00 PLN
  • Toaleta w przyzamkowej restauracji- 2,00 PLN

Na YT trafiłam na filmik przedstawiający Zamek Chojnik z lotu ptaka. Muszę przyznać, że mimo iż tam byłam nie zdawałam sobie sprawy, że ta budowla jest tak ogromna – od środka sprawiała wrażenie zdecydowanie mniejszej.

Wyjątkowo się nam ta wycieczka udała. Dopisała pogoda, trasa była bardzo piękna i na miarę naszych możliwości, a zamek ciekawy i wart zobaczenia. Myślę, że to świetny cel na taką jednodniową wyprawę, także z dziećmi. Polecam. To kolejne piękne miejsce na Dolnym Śląsku, które warto odwiedzić.

Zakupy w Bonprix (07/2018)

Zacznę od tego, że nie lubię zakupów, a dokładniej mówiąc nie lubię tradycyjnych (stacjonarnych) zakupów, nie lubię chodzić po sklepach, nie lubię grzebać w ubraniach, żeby znaleźć coś odpowiedniego, a przede wszystkim nie lubię tłoku i galerii handlowych.  Wiem, jestem dziwna, no ale cóż… tak już mam… Jednak od czasu do czasu potrzebuję nowych ubrań, a skoro nie lubię chodzić po sklepach, to pozostają mi zakupy online. Ostatnio skusiłam się na zakupy w sklepie internetowym Bonprix i postanowiłam się z Wami podzielić moimi wrażeniami.

Dla niezorientowanych kilka podstawowych informacji: Bonprix jest Domem Sprzedaży Wysyłkowej, wchodzącym w skład koncernu OTTO Versand z Hamburga. W Polsce firma jest obecna od 1991 roku. Oferta sklepu obejmuje modę damską, męską i dziecięcą, bieliznę, obuwie oraz artykuły wyposażenia wnętrz.

Pamiętam, że kilka lat temu coś już zamawiałam w Bonprix i chyba nawet byłam zadowolona z zakupu, ale nie wiedzieć czemu zupełnie zapomniałam o tym sklepie. Ostatnio za sprawą jakiegoś filmiku na YT zainteresowałam się nim na nowo i postanowiłam zrobić tam zakupy. Zamówiłam kilka rzeczy i mimo, że część moich zakupów okazała się nietrafiona, to i tak jestem bardzo zadowolona. Opiszę Wam kilka ubrań, które mi się sprawdziły i z pełnym przekonaniem mogę je polecić, a następnie wspomnę o tych, które postanowiłam zwrócić. Ale przyjdźmy już do szczegółów:

Tenisówki Mustang

  • Cena – 89,99 PLN
  • Kolor – Biały z brązowymi dodatkami
  • Numer artykułu – 95772481

Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem kupna takiego obuwia, ale planowałam nabyć „Conversy”, jednak kiedy zobaczyłam te „Mustangi” to zmieniał zdanie. Tenisówki w realu wyglądają dokładnie tak, jak na zdjęciach na stronie, są wygodne i pasują do wielu stylizacji – zarówno do spodni, jak i do spódnic, czy sukienek. Rozmiar odpowiada typowym rozmiarom obuwniczym. Buty przyszły w oryginalnym pudełku, w idealnym stanie – bez żadnych uszkodzeń, czy śladów mierzenia. Są świetne i mają dobrą cenę – POLECAM

Szorty papertouch

  • Cena – 69,99 PLN
  • Kolor – Indygo
  • Numer artykułu- 91053995

Bardzo korzystny fason. Dawno nie miałam tak dobrych szortów. Rozmiar można brać taki jaki się nosi. Materiał nie naddaje się, skład to 97% bawełna i 3% elastan. Spodenki w pasie mają tunel z troczkiem, dzięki któremu w razie potrzeby można je dopasować w talii. Dobra długość nogawek, zakrywają wszystko co trzeba, ale nie są bermudami. POLECAM

Sukienka BODYFLIRT

  • Cena – 89,99 PLN
  • Kolor – Czarny z białym nadrukiem
  • Numer artykułu – 96322995

Lekka sukienka z gumką w talii. Dekolt raczej zabudowany, okrągły, z tyłu zapięcie na jeden guzik, rękaw krótki (kimono), z przodu wszyte dwa zamki imitujące kieszenie. Rozmiar należy brać taki jaki się nosi, bo materiał się nie naddaje. Sukienka siega kilka centymetrów przed kolano. Do sukienki dołączona jest czarna halka, która nie jest wszyta do sukienki, tylko stanowi oddzielną część.  Materiał sukienki lekko prześwituje. Mimo, że jest to poliester, to sukienka jest lekka i przewiewna – świetnie sprawdziła się podczas niedawnych upałów. POLECAM

PS W tą sukienkę włożyłam trochę pracy i teraz jest jedną z moich ulubionych, ale i bez moich przeróbek była świetna. Po pierwsze na dole doszyłam białą bawełnianą koronkę – dzięki temu zyskałam kilka centymetrów na długości, a to było konieczne, żebym mogła ją nosić do pracy. Po drugie przyszyłam na stałe podszewkę, ale tylko w części od pasa w dół, na górze była zbędna. Po trzecie wyprułam zamki z „kieszeni” – sukienka zyskała na lekkości i lepiej się układa, a efekt imitujący kieszenie pozostał.

Spodnie Superstretch SKINNY

  • Cena – 89,99 PLN
  • Kolor – Czarny i srebrnoszary
  • Numer artykułu – 90412481

Bardzo wygodne spodnie z wysokim stanem. W pasie – po bokach mają wszytą gumkę – dzięki temu ładnie przylegają w talii. Nogawki zwężane, długie. Jestem średniego wzrostu i są na mnie trochę za długie, ale skrócenie spodni nie jest żadnym problem, gorzej jakby były za krótkie.  Skład jest całkiem niezły: 56% bawełna, 19% poliester, 14% regenerowane włókno celulozowe, 10% wiskoza, 1% elastan, dzięki temu są miękkie i wygodnie oraz dopasowują się do sylwetki ładnie ją podkreślając. Rozmiar zawyżony – trzeba brać co najmniej jeden jak nie dwa rozmiary mniejsze. Wzięłam dwie pary szare i czarne. Co do kolorów, to w realu nieco odbiegają od nazwy i zdjęć, ale są do zaakceptowania – czarny nie jest całkiem czarny, a srebrnoszary jest po porostu szary. POLECAM 

T-shirt bawełniany z wiązaniem

  • Cena – 59,99 PLN
  • Kolor – Ciemnoniebieski
  • Numer artykułu – 94111895

Bardzo fajny sportowy ciuszek, z krótkim rękawem i kapturem w kontrastowym kolorze. W dole t-shirtu znajduje się tunel z troczkiem. Szkoda, że nie ma kieszeni. Materiał to 100 % bawełny. Rozmiar należy brać albo swój, albo o jeden mniejszy, ale przy takim sportowym looku, to nie ma aż takiego znaczenia. Bluzka świetnie wygląda do leginsów. POLECAM

A teraz czas na rzeczy, które nie przypadły mi do gustu:

Szorty dresowe

  • Cena – 44,99 PLN
  • Kolor – Jasnoszary melanż
  • Numer artykułu – 91463295

Skład: 60% bawełna, 40% poliester. Spodenki są zrobione z grubego dresowego materiału. Moim zdaniem są za grube i za ciepłe na lato. Nogawki są krótkie i bardzo szerokie. NIE POLECAM

Długa sukienka

  • Cena – 109,99 PLN
  • Kolor – Czarno-biały wzorzysty
  • Numer artykułu – 91438095

Dość ciężki materiał, skład 95% wiskoza, 5% elastan. Długość do kostek. W talii gumka i troczek. Niby wszystko jest z tą sukienką ok, a jednocześnie jest jakaś taka niekorzystna dla figury – mocno podkreśla brzuch. NIE POLECAM

Źródło zdjęć: https://www.bonprix.pl/

Na koniec kilka moich obserwacji i praktycznych porad:

  • Wybierając ubrania warto zwracać uwagę na to, czy są one w danym momencie dostępne, jeśli tak to zamówienie będzie szybko zrealizowane. W moim przypadku od złożenia zamówienia do otrzymania przesyłki upłynęło około 7-8 dni.
  • Rozmiary w Bonprix to spory problem, a często wręcz loteria. Najczęściej rozmiarówka jest zawyżona i trzeba kupować ubrania o co najmniej jeden rozmiar mniejsze niż się nosi.
  • Pod niemal każdym produktem są dostępne opinie klientów. Warto się z nimi zapoznać przed zakupem, bo są bardzo pomocne. Klientki piszą o rozmiarach, jakości i swoich wrażeniach. 
  • Ze zwrotem nie ma żadnych problemów. Do zakupów dołączony jest odpowiedni formularz, który należy wypełnić i odesłać wraz ze zwracanymi produktami na wskazany adres. Pieniądze zostaną przesłane na nasze konto, albo można je wykorzystać na następne zakupy. Oczywiście należy trzymać się ustawowo wyznaczonych terminów.
  • Bonprix często oferuje różne promocje, czy oferty specjalne, na przykład przez któryś z weekendów było 10 % zniżki i darmowa wysyłka, albo 13-go w piątek było 13 % zniżki na wszystko. Nie warto się więc spieszyć i kupować w cenach regularnych, tylko trzeba poczekać kilka dni, aż pojawi się jakaś promocja.

To nie są wszystkie moje zakupy z tego zamówienia, ale nie chodziło mi o to, żeby się pochwalić wszystkim co kupiłam, tylko pokazać Wam, że w takim sklepie jak Bonprix trafiają się całkiem fajne rzeczy i można tam znaleźć coś dla siebie. We wpisie podałam takie ceny jakie są na stronie, ale w rzeczywistości zapłaciłam mniej, bo skorzystałam z promocji -10 % na wszystko.

Zachęcam do odwiedzenia sklepu internetowego Bonprix. To wcale nie jest moda tylko dla starszych pań. Można tam wyhaczyć fajne ciuszki w dobrych cenach. 

Artykuł nie jest sponsorowany. 

Owocowe drugie śniadania i nowa lektura

Odżywiam się raczej tradycyjnie, z tym że w mojej diecie jest stosunkowo niewiele mięsa i wyrobów mięsnych, za to ryb jem całkiem sporo. Wydaje mi się, że nie mam żadnych alergii pokarmowych, chociaż okresowo (podczas zaostrzenia mojej choroby jelit) nie toleruję produktów mlecznych. Mimo, że nie zamierzam wprowadzać żadnych radykalnych zmian w mojej diecie, to ciekawią mnie inne niż tradycyjne sposoby odżywiania typu weganizm, frutarianizm czy witarianizm, dlatego czasem czytam albo oglądam coś na ten temat. Zachęcona przykładem Agi z kanału YT Aga in America, która jest surową weganką, jakiś rok temu wprowadziłam do swojej diety znacznie więcej owoców, niż jadłam do tej pory. Tak szczerze mówiąc, to nie wiem czy przy mojej chorobie to dobry pomysł, bo w zaleceniach żywieniowych dla chorych z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego surowe owoce i warzywa są umieszczone na liście produktów niewskazanych, ale postanowiłam spróbować.

Zaczęłam od tego, że raz na kilka dni wypijałam szklankę świeżo wyciśniętego soku owocowego.

Skoro nic złego mi się nie zaczęło dziać, to postanowiłam robić to częściej, na zmianę z jedzeniem owoców w ich naturalnej postaci.

Z czasem tak do tego przywykłam, że dziś nie wyobrażam sobie innego drugiego śniadania, jak tylko owocowe. Zamiast robić kanapki do pracy zaczęłam zabierać ze sobą owoce. Najczęściej jem grejpfruta z różnymi innymi owocami (winogrona, granat, borówki, maliny itp) bo lubię takie połączenie lekkiej goryczki ze słodkimi smakami, sok najbardziej lubię grejpfrutowo-pomarańczowy, smoothie robię rzadko, najczęściej z tych owoców, które niezbyt mi smakują (np mango, arbuz, banan), bo w połączeniu z innymi i zmiksowane są dla mnie akceptowalne. Teraz oczywiście preferuję owoce sezonowe, a kiedy ich już nie będzie, to wrócę do cytrusów. 

Zabieranie do pracy takiego drugiego śniadania wcale nie jest kłopotliwe. Na owoce świetnie sprawdzają się pojemniki na żywność, a na soki idealne są szklane butelki, czy słoiczki z rurką. 

Myślę, że jedzenie rozsądnej ilości surowych owoców mi służy i nie zauważyłam, żeby to zaszkodziło moim jelitom.  Ostatnio wykonywałam dość szczegółowe badania krwi i prawie wszystko mam w normie, nie mam żadnych niedoborów (a na przestrzeni lat różnie z tym bywało), nawet cholesterol mi się obniżył, więc chyba jest ok. Dodam jeszcze, że na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy trochę schudłam (około 4-5 kilogramów) i ta niższa waga mi się utrzymuje, a nic nie robiłam w tym kierunku żeby schudnąć, więc może to zasługa codziennego jedzenia owoców. W sumie to możliwe, bo zamieniłam jedną porcję pieczywa dziennie na pudełko owoców. A i od kiedy podjadam te owoce, to przeszła mi ochota na słodycze, czyli chyba owocki w pełni zaspokajają moje zapotrzebowanie na coś słodkiego.

A zmieniając nieco temat, to niedawno z czyjegoś polecenia nabyłam książkę zatytułowaną Food Pharmacy autorstwa Liny Nertby Aurell i Mii Clase. Na okładce widnieje informacja, że jest to opowieść o jelitach i dobrych bakteriach, zalecana wszystkim, którzy przez żołądek chcą trafić do zdrowego życia.

Nie wiem czy to był dobry zakup, bo książki jeszcze nie przeczytałam, ale jak już to zrobię, to na pewno podzielę się z Wami moją opinią. Na razie chciałam przytoczyć kilka z 20 przykazań flory jelitowej, które wypatrzyłam na pierwszych stronach książki (nie wszystkie są jedzeniowe): 

  • Skup się raczej na tym, co powinieneś jeść, niż na tym, co masz wykluczyć.
  • Jedz bardzo dużo surowych, kolorowych warzyw.
  • Mięso jedz oszczędnie.
  • Jeśli jadasz ryby, to wybieraj te niehodowlane.
  • Jedz powoli, gryź dokładnie.
  • Gdy tylko jesteś zestresowany, weź głęboki oddech i spróbuj skupić się na tym, co w życiu pozytywne.
  • Często się ruszaj.
  • Ciesz się życiem i nie bądź dla siebie zbyt surowym. 

Epic Drama – Nowy kanał telewizyjny

Zacznę od tego, że jestem dość nietypowym telewidzem, bo mimo że posiadam odbiornik i dostęp do sporej ilości kanałów, to rzadko cokolwiek oglądam. Moja awersja do telewizji bierze się głównie stąd, że coraz częściej dostrzegam, iż nadawcy telewizyjni bez żadnych skrupułów manipulują swoimi odbiorcami, kreując ich gusta i zainteresowania, a co gorsza wpływając na ich preferencje polityczne. Swego czasu bardzo sobie ceniłam i lubiłam oglądać telewizje informacyjne, jednak z upływem lat kompletnie zmieniłam zdanie. Z biegiem czasu nabrałam przekonania, że w programach informacyjnych nie przekazuje się już faktów, czy relacji z wydarzeń, a tylko poglądy i opinie. A ja na podstawie przekazanych informacji chcę mieć możliwość wyrobienia sobie swojego własnego zdania, nie życzę sobie, żeby za moje własne pieniądze ktoś narzucał mi poglądy właściciela stacji! Dlatego jeśli już oglądam telewizję, to bardzo wybiórczo, skupiając się tylko na tym co mnie interesuje, a interesuje mnie na przykład historia. Pamiętam, że od lat lubiłam oglądać programy i filmy historyczne. Do dziś jestem fanką sensacji XX wieku Bogusława Wołoszańskiego. 

Niedawno szukając w telewizji czegoś godnego uwagi przeglądałam listę kanałów i trafiłam na Epic Drama. Nie wiem od kiedy ten kanał jest w ofercie nadawców, ja trafiłam na niego około miesiąc temu. Z tego co się zdążyłam zorientować, to jest to kanał serialowy. W ofercie znajdują się produkcje mniej lub bardziej historyczne, o tematyce wojennej, przygodowej, kryminalnej, romantycznej, obyczajowej i politycznej.

Ja aktualnie oglądam (a raczej nagrywam na później) Dynastię Tudorów, Prawdziwą historię rodu Borgiów, Wersal prawo krwi i Katarzynę Wielką, a i jeszcze Rozpustnice. Wszystkie wymienione seriale są historyczne i kostiumowe. W niektórych przypadkach można dyskutować na temat poziomu gry aktorskiej, ale już kostiumy, scenografia i sama historia są niezaprzeczalnymi atutami tych produkcji. Ukazują ówczesne życie dworskie pełne zdrad i intryg, kulisy prowadzonej wówczas polityki, genezę różnych konfliktów europejskich i bezpardonową walkę o przetrwanie dynastii.  Śledząc losy bohaterów na przykład serialu o Borgiach, trudno uwierzyć, że czasy w których toczy się ta opowieść były aż tak pełne zepsucia i anarchii, a ludzie (głównie duchowni) byli skorumpowani do granic możliwości.

Jeśli macie ten kanał w swoim abonamencie, to szczerze polecam zainteresowanie się nim. Naprawdę warto.

Perfumy z Biedronki

Może mnie wyśmiejecie, że mam kiepski gust, skoro spodobały mi się perfumy kupione w dyskoncie, ale trudno… Zaryzykuję i opowiem Wam o moim nowym zapachu.

W kwestii zapachów, to przyznaję, że trudno mi znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Kosmetyki, których używam najczęściej są bezwonne, bo większość zapachów mi nie odpowiada, drażni mnie, czy wręcz powoduje ataki migreny. Tak samo mam z perfumami, rzadko cokolwiek mi się podoba. Na szczęście kilka lat temu dzięki koleżance z pracy odkryłam zapach, który wyjątkowo przypadł mi do gustu i od tego czasu jestem mu wierna – jest to  woda perfumowana Burberry for Women. Moim zdaniem to bardzo subtelny i nienachalny zapach, który ma w sobie to coś. Ale tak się już do niego przyzwyczaiłam, że zupełnie przestałam go czuć i dlatego postanowiłam sprawić sobie coś nowego. Kierując się składem moich ulubionych perfum wynotowałam sobie kilka nazw do powąchania w perfumerii, oprócz tego zamówiłam kilka próbek z drogerii internetowej. Niestety nic mi się nie spodobało.

Po tym przydługim wstępie przejdę wreszcie do tego jak to się stało, że zakupiłam perfumy w Biedronce. Otóż w mojej Biedronce zrobiono ostatnio „przemeblowanie” (oczywiście trudno teraz cokolwiek znaleźć, ale pewnie o to między innymi chodziło), no i po tych zmianach dział z chemią i kosmetykami stał się nareszcie dostępny, bo przedtem zawsze stały tam jakieś nierozładowane palety. W ten sposób odkryłam, że w Biedronce są w sprzedaży perfumy, a konkretnie wody perfumowane marki Bi-es (Uroda Polska Sp. z o. o.). Nazwa Bi-es była mi kompletnie nieznana, ale mimo to postanowiłam sprawdzić czym to coś pachnie. W sprzedaży dostępne były chyba cztery różne zapachy, mi spodobały się Bi-es Crystal.

Jeśli chodzi o opakowanie, to flakonik umieszczony jest w tekturowym pudełku, którego szata graficzna utrzymana jest w jasnej, biało-srebrnej tonacji.

Sam flakon jest szklany, ma pojemność 100 mililitrów, a kształtem przypomina wyciągniętą ku górze piramidę, jego zawartość jest raczej bezbarwna, choć w zależności od tego, jak pada światło, chwilami wydaje się lekko zielonkawa.

Co do samych perfum, to jest to połączenie nut owocowych, kwiatowych i drzewnych. Zapach jest słodki, ale przy tym dość lekki i delikatny, nie duszący i ku mojemu zdziwieniu jest całkiem trwały, po kilku godzinach od użycia jest nadal wyczuwalny, choć z upływem czasu staje się delikatniejszy. Perfumy rozpylone w powietrzu, albo na pasku testowym pachną nieco inaczej niż na ciele, moim zdaniem na skórze prezentują się lepiej. Na razie zapach raczej mi odpowiada, zobaczymy czy z czasem się nim znudzę. 

Mimo, że tak tanie perfumy okazały się całkiem przyjemne i trwałe, to nie sądzę, żebym na stałe zagustowała w takich produktach. I nie chodzi mi tu o ich nuty zapachowe, ale o nieoryginalność tego wyrobu. Podobno jest to zapach bardzo zbliżony do perfum Giorgio Armani Emporio Diamonds. Osobiście nie jestem zwolenniczką kupowania produktów, które jak to się teraz ładnie mówi są „zainspirowane” już istniejącym wyrobem, gdyż uważam, że jest to okradanie twórcy z jego pomysłu i nakładu pracy, jaki włożył w jego stworzenie. Niemniej jednak ceny niektórych oryginalnych produktów są tak absurdalnie wysokie i niczym nieuzasadnione, że trudno się dziwić, iż klienci sięgają po te nieoryginalne.

Dla mnie ten zakup był rodzajem testu, czy eksperymentu, którego wynik trochę mnie zaskoczył, bo produkt okazał się nad podziw dobry, jednak na przyszłość pozostanę wierna produktom oryginalnym – może nie tym najdroższym, bo na te mnie nie stać, ale myślę, że w ramach możliwości finansowych przeciętnego klienta też można znaleźć ciekawe, a przy tym oryginalne produkty.  

Metryczka: 

  • Nazwa: Woda perfumowana Bi-es Crystal
  • Skład: Nuta głowy: jabłko, pomarańcza, grejpfrut, galbanum. Nuta serca: jaśmin, róża, konwalia. Nuta bazowa: drewno cedrowe, bursztyn, piżmo, bób Tonka, wanilia. 
  • Cena: 14,99 PLN za pojemność 100 ml (Biedronka)

W powyższym tekście słowo „perfumy” używane jest w znaczeniu potocznym.

Nowe storczyki

Poprzedniego storczyka miałam kilka miesięcy, kupiłam go ze sporą ilości pąków i ku mojemu zdziwieniu wszystkie pączki się rozwinęły, a nie opadły jak to zwykle u mnie bywa. Storczyk kwitł naprawdę długo, ale po tym długim okresie prezentowania się w pełnej okazałości nagle kwiaty zaczęły więdnąć i opadać – roślina zrzuciła wszystkie kwiaty chyba w ciągu 3 czy 4 dni. Nabyłam więc dwa nowe egzemplarze, tym razem biały (po raz kolejny) i w ciapki (takiego jeszcze nie miałam). Mam nadzieję, że nowe roślinki będą długo cieszyć moje oczy swoim pięknym widokiem.

Moja kolejna kolonoskopia i gastroskopia

Jestem świeżo po kolejnych badaniach endoskopowych przewodu pokarmowego (najpierw miałam gastroskopię, a bezpośrednio po niej kolonoskopię). Tak jak obiecałam w poprzednim poście opiszę jak zniosłam przygotowanie do kolonoskopii i przebieg obu badań. Na początek dla niezorientowanych wyjaśnię, że choruję na wrzodziejące zapalenie jelita grubego i w związku z tym nie były to moje pierwsze takie badania. We wcześniejszych latach miałam kilkukrotnie robioną zarówno gastroskopię, jak i kolonoskopię. Tegoroczne badania zrobiłam na własne życzenie, poza tym świadomie zdecydowałam się na badania bez znieczulenia (chciałam być  w pełnym kontakcie podczas wykonywania obu badań).

Mimo, że od jakiegoś czasu nie  miałam żadnych dolegliwości, to poprosiłam moją lekarkę POZ o skierowania i dostałam je bez żadnego problemu. Na badania w wybranej przeze mnie przyszpitalnej przychodni musiałam czekać ponad dwa miesiące. 

W dniu badań z samego rana się wykąpałam, ułożyłam sobie włosy i zrobiłam lekki makijaż – tak dla lepszego samopoczucia. O umówionej godzinie „zwarta i gotowa” zjawiłam się w przychodni. Dostałam do wypełnienia ankietę o stanie zdrowia, informację o badaniach i zgodę na ich przeprowadzenie. Oba badania wykonywał mi ten sam lekarz, który jest gastroenterologiem.  Z tej racji, że miałam wykonywane dwa badania mój pobyt w gabinecie był długi, myślę że byłam tam co najmniej godzinę, jak nie dłużej.  

Gastroskopia:

Jest to badanie górnego odcinka przewodu pokarmowego polegające na wprowadzeniu do niego giętkiego przewodu (endoskopu) zaopatrzonego w źródło światła i układ rejestrujący oraz przekazujący obraz. Badanie to pozwala dokładnie ocenić przełyk, żołądek i opuszkę dwunastnicy pod względem wyglądu błony śluzowej, soku żołądkowego (kolor, ilość, obecność ewentualnej domieszki żółci) oraz elastyczność ścian. Endoskop wprowadzany jest przez usta, po spryskaniu gardła środkiem znieczulającym. (Informacje z internetu)

Do tego badania nie trzeba się jakoś szczególnie przygotowywać. Wystarczy na 8 godzin przed badaniem nie jeść, a na 4 godziny przed nie pić, nie palić, nie żuć gumy.

Badanie u mnie przebiegło standardowo, przez żadnych komplikacji. Owszem odczuwałam spory dyskomfort, miałam mocny odruch wymiotny i bardzo się śliniłam, ale jak chwilami udawało mi się uspokoić oddech, to było trochę lepiej. Lekarz dokładnie obejrzał przełyk i żołądek oraz pobrał wycinki do badań histopatologicznych z chorobowo zmienionych miejsc.

W diagnozie nie było nic niepojącego, chyba tylko lekkie zapalenie żołądka i jakieś nieistotne zmiany w przełyku, co potwierdziły badania histopatologiczne.

Po tym badaniu  pozwolono mi chwilkę odpocząć i poproszono mnie o przygotowanie się do kolonoskopii.

Kolonoskopia:

Jest to badanie dolnego odcinka przewodu pokarmowego polegające na obejrzeniu wnętrza jelita grubego. Polega ono na wprowadzeniu przez odbyt specjalnego wziernika zakończonego kamerą i przesłaniu obrazu na zewnątrz. Do tego celu służy giętki instrument zwany kolonoskopem. Podczas kolonoskopii możliwe jest też pobieranie wycinków błony śluzowej jelita grubego do badań histopatologicznych, a także wykonywanie drobnych zabiegów, np. usuwanie pojedynczych polipów. (Informacje z internetu)

Do oczyszczenia jelita zgodnie z zaleceniem lekarza użyłam leku CitraFleet (w odpowiednich odstępach czasu należy przyjąć dwie dawki leku i wypić łącznie około 4 litrów wody). Przygotowania rozpoczęłam po południu, tak żeby zakończyć je przed snem. Nie liczyłam tego, ale myślę że po spożyciu leku w toalecie łącznie byłam kilkadziesiąt razy. Oczyszczaniu mojego jelita nie towarzyszył żaden ból brzucha, odczuwałam tylko lekkie skurcze. Było to jedynie uciążliwe i nieprzyjemne, ale na pewno nie wiązało się z bólem. Spać poszłam grubo po północy, bo ciągle jeszcze musiałam odwiedzać toaletę, ale jak już się położyłam, to szybko zasnęłam.

Tak jak wspomniałam wcześniej badania miałam rano, najpierw gastroskopię, później kolonoskopię. Po gastroskopii mogłam chwilę odpocząć i poproszono mnie, żebym się przygotowała do kolonoskopii. Pokazano mi gdzie się mogę rozebrać, gdybym potrzebowała to mogłam jeszcze skorzystać z toalety, dostałam też specjalne jednorazowe spodenki do badania – takie z otworem na pupie (na wszelki wypadek miałam też swoje, ale okazały się niepotrzebne). Na początku badania kazano mi się położyć na lewym boku, a później przekręcić na plecy. Do pomocy w badaniu pan doktor miał dwie pielęgniarki, które w odpowiednich miejscach uciskały mój brzuch, żeby łatwiej było prowadzić kolonoskop. Podczas całego badania lekarz mówił mi co robi, na jakim etapie badania aktualnie jesteśmy i  ostrzegał kiedy może być trochę gorzej, a kiedy już dotarł do końca jelita grubego i zaczął wycofywać kolonoskop odwrócił monitor w moją stronę i wyjaśnił mi jak wygląda zdrowa część mojego jelita, a jak ta chorobowo zmieniona. Z jelita pobrane zostały wycinki do badania histopatologicznego.

Podsumowując: zniosłam to badanie wyjątkowo dobrze, co potwierdził lekarz je wykonujący. Podczas badania byłam spokojna, rozmawiałam z lekarzem i paniami pielęgniarkami, stosowałam się do poleceń. Owszem, odczuwałam lekki ból i dyskomfort, ale był on naprawdę niewielki. Przygotowanie jelita mój doktor ocenił na 9 w skali do 9. 

Nie mam żadnej traumy po tym badaniu, nie stresowałam się, nie bolało mnie, nie czułam się skrępowana. Przy gabinecie była mała przebieralnia i toaleta z umywalką.  Do badania dostałam specjalną bieliznę. W gabinecie gdzie byłam badana nie było żadnych postronnych osób, nikt tam nie wchodził i nie przeszkadzał, a łóżko na którym byłam badana było zasłonięte parawanem. Personel był dla mnie miły i pomocny. 

Gdyby się okazało, że z jakiś powodów muszę się przebadać po raz kolejny, to nie ma żadnego problemu – mogę to zrobić w każdej chwili. Jeśli chodzi o pracę to wzięłam kilka dni wolnego, żeby bez stresu móc przygotować się do badań i na spokojnie je wykonać, ale tak prawdę mówiąc (oczywiście gdyby zaszła taka potrzeba), to spokojnie mogłam się przygotować jednego dnia po południu, rano zrobić badania i pójść do pracy na drugą zmianę, bo po badaniach nic szczególnego mi się nie działo.

Co do wyników, to moja choroba, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego zostało po raz kolejny potwierdzone. Z objawów (a raczej ich braku) oraz wyglądu jelita można było uznać, że mam remisję, niestety po otrzymaniu wyników z badania histopatologicznego okazało się, że w jelicie toczy się intensywny, przewlekły proces zapalny. Teraz muszę się poddać bardziej intensywnemu leczeniu, a nie tylko podtrzymującemu, jak dotychczas.

Jestem z siebie bardzo zadowolona, a wręcz dumna, że zdecydowałam się zrobić to badanie, chociaż nikt mnie do niego nie zmuszał. Czułam, że powinnam się przebadać, mimo że nie miałam żadnych niepojących objawów. Cieszę się, że poddałam mu się bez znieczulenia, byłam świadoma i w kontakcie, a dzięki temu zobaczyłam jak moje jelito wygląda od środka, no i nie trułam się niepotrzebnie środkiem usypiającym.

Uważam się za osobę dość zdyscyplinowaną i konsekwentną. Słucham zaleceń lekarzy i zazwyczaj się do nich stosuję, ale zarówno w życiu, jak i w leczeniu kieruję się też swoją intuicją. Nie ujmując nic mojej lekarce POZ, która bez problemu skierowała mnie na kolonoskopię, mimo że nie miałam żadnych niepojących objawów, to jej reakcja na wyniki hist-pat (przypomnę intensywny przewlekły proces zapalny), była taka, że skoro nie mam objawów, to nie trzeba nic z tym robić. Moja intuicja i zdrowy rozsądek mówiły mi co innego i dlatego skonsultowałam się ze specjalistą, który zalecił zintensyfikowanie leczenia.

Co mogę jeszcze dodać? Chyba tylko tyle, że jeśli macie jakieś niepokojące objawy, to koniecznie się przebadajcie, a jeśli nie macie, to badajcie się profilaktycznie. Zdaję sobie sprawę, że żadne badania nie dadzą nam 100% wykrywalności, ale badając się okresowo przynajmniej dajemy sobie jakąś szansę.

Żeby już definitywnie zakończyć to opowiadanie o sobie, to powiem Wam jeszcze, że na drugi dzień po kolonoskopii wybrałam się jeszcze do ginekologa na wizytę kontrolną i cytologię, a wszystko to działo się kilka dni po tym jak upadłam na rowerze i się potłukłam, więc wszędzie mieli ze mnie niezły ubaw – posiniaczona, obdrapana, kuśtykająca, ale twardo się bada…

Link do wpisu o mojej chorobie: https://2018/05/19/historia-pewnej-choroby/

Historia pewnej choroby

Witajcie!

19 maja obchodzony jest Światowy Dzień Nieswoistych Zapaleń Jelit. Postanowiłam tego właśnie dnia opowiedzieć Wam moją „historię choroby”. Od kilku lat choruję na colitis ulcerosa, czyli na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Jest to choroba autoimmunologiczna, zaliczana do grupy nieswoistych zapaleń jelit. Dokładna przyczyna choroby nie jest do końca znana, chociaż coraz częściej mówi się, że jej przyczyną są bakterie. Choroba ma przebieg przewlekły i składa się okresów remisji i zaostrzeń. Tyle tytułem wstępu.

Zaczęło się od tego, że kilka lat temu po raz kolejny poszłam oddać krew. Tam standardowo najpierw wzięto ode mnie próbkę krwi, żeby zbadać mi hemoglobinę i żelazo. Po chwili pielęgniarka zaprowadziła mnie do lekarza, a ten stwierdził, że moje wyniki są kiepskie, a poziom żelaza niepokojąco niski. Poradził, żebym szybko zrobiła pełną analizę krwi i udała się do swojego lekarza. Tego dnia krwi ode mnie oczywiście nie wzięli, co mnie wręcz zezłościło, bo przyszłam, byłam chętna, dobrze się czułam, a oni mi odmówili, mało tego wmawiają mi jeszcze jakąś chorobę. Nie wiem dlaczego, ale zlekceważyłam słowa tego lekarza, chociaż zazwyczaj w takich sytuacjach jestem czujna. Później jeszcze raz chciałam oddać krew i sytuacja się powtórzyła. W międzyczasie zrobiłam te wyniki, ale do lekarza z nimi nie poszłam. Aż któregoś pięknego dnia, bez żadnego ostrzeżenia w toalecie zauważyłam krew i to nie były jakieś niewielkie ślady, tylko całkiem sporo krwi w różnych odcieniach, od prawie czarnej, jakby zeschniętej, do żywo czerwonej. No i się zaczęło… Powoli i systematycznie mój stan się pogarszał, coraz częściej musiałam korzystać z toalety, miałam biegunki, każdemu wypróżnieniu towarzyszyło wydalanie krwi w sporych ilościach, stale bolał mnie brzuch, w którym bulgotało i się przelewało. Zaczęłam tracić na wadze, stałam się słaba i ospała. Nie wiem dlaczego, ale nikomu nie powiedziałam, co się ze mną dzieje. Najpierw udawałam przed samą sobą, że nic się nie dzieje. Zachowywałam się jak małe dziecko, które myśli, że jak zamknie oczka, to go nie widać. Później uznałam, że na 100% mam raka jelita grubego i to na pewno zaawansowanego, ale zamiast szukać pomocy u lekarza, szukałam porad w internecie. Jak trochę poczytałam, to się oczywiście sama zdiagnozowałam: stwierdziłam, że mam colitis ulcerosa (wrzodziejące zapalenie jelita grubego), albo crohna (choroba Leśniowskiego-Crohna). Wszędzie pisano, że niezbędnym badaniem przy dolegliwościach takich jak moje jest kolonoskopia i że jej wykonanie jest podstawą dalszego leczenia. Zaczęłam więc czytać o kolonoskopii i po tym, czego się dowiedziałam, stwierdziłam że prędzej umrę, niż poddam się temu badaniu. I uwierzcie mi, że to nie było tylko takie gadanie. Ja naprawdę tak myślałam. To badanie było dla mnie barierą nie do przejścia. Mój stan nadal systematycznie się pogarszał. Doszłam do takiego momentu, że nie byłam już w stanie funkcjonować. Wreszcie udałam się do lekarza w przychodni, pani doktor nie chciała się wdawać w żadne dywagacje. Wypisała mi skierowanie na kolonoskopię i kazała się zgłosić do gastrologa. Na moje usilne prośby wypisała mi dwa leki, jeden przeciwkrwotoczny i drugi, który stosuje się w chorobach zapalnych jelit, ale zastrzegła, że to tylko ten jeden raz. Bez diagnozy i zaleceń od specjalisty, nie będzie mi niczego wypisywać. Leki zadziałały, może nie było idealnie, ale  było lepiej. Zaczęłam więc kombinować, jak te leki zdobyć (były na receptę). Za każdym razem, jak kończyły mi się tabletki umawiałam się do innego lekarza i udawałam, że to moja pierwsza wizyta z tymi dolegliwościami. Owszem dostawałam receptę, ale też skierowanie na kolonoskopię. W pewnym momencie miałam ich już pięć (zostawiłam je sobie na pamiątkę, jako dowód mojej głupoty). Powoli kończyli mi się lekarze, do których mogłabym pójść po kolejne recepty, więc postanowiłam sprawdzić, czy może już mi przeszło i mogę funkcjonować bez leków. W tym samym czasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, oczywiście nie przyznałam się lekarzowi do problemów z jelitami, więc przepisał mi doustny antybiotyk, który do reszty zrujnował moje „flaki”. No i dostałam takiego zaostrzenia choroby jelit, że w kiepskim stanie wylądowałam w szpitalu. Tam trafiłam na bardzo rzeczową i kompetentną panią doktor, która powiedziała, że według niej mam colitis ulcerosa, ale trzeba to potwierdzić w kolonoskopii i od razu umówiła mnie na badanie. Była bardzo grzeczna, spokojna, ale i konkretna. Właściwie nie pytała mnie, czy się zgadzam, tylko oznajmiła, że badanie będę miała za dwa dni. W tym momencie byłam już chyba zbyt chora i słaba, żeby protestować.

Przygotowanie do kolonoskopii było dla mnie ciężkim doświadczeniem. Trzeba całkowicie oczyścić jelita, w tym celu należy wypić około czterech litrów wody, w której rozpuszczony jest środek przeczyszczający, który wkrótce zaczyna działać. Pijemy więc tę niesmaczną wodę, biegniemy do ubikacji, znowu pijemy i tak w kółko. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale to przygotowanie było dla mnie najgorszym etapem całego badania. Leżałam na internie, na kilkuosobowej sali, zdana byłam na wspólną toaletę wątpliwej czystości, która w dodatku często była zajęta, a ja musiałam z niej skorzystać już, natychmiast. Na końcu już w ogóle nie wychodziłam z ubikacji. Byłam słaba, zmęczona i wystraszona. W noc przed badaniem nie zasnęłam ani na chwilę. Tak strasznie się bałam, że omal stamtąd nie uciekłam. Przed samym badaniem dostałam jakiś zastrzyk na uspokojenie, bo byłam tak zdenerwowana, że nie potrafiłam się podpisać, niestety nie zadziałał na czas. Badanie robił mi lekarz gastroenterolog, który później został moim lekarzem prowadzącym. Był bardzo spokojny i miły. Tłumaczył mi wszystko co robił i pokazywał to na ekranie monitora. Przeprowadził badanie bardzo sprawnie, pobrał też wycinki do badań histopatologicznych. Na tym skończyła się moja pierwsza kolonoskopia.

Nie będę tu pisać bzdur, że badanie jest lekkie, łatwe i przyjemne, bo takie nie jest. Przygotowanie jest trudne, szczególnie dla osoby już wcześniej wycieńczonej chorobą. Wypicie tak dużej ilości zimnej i niesmacznej wody, wielogodzinna biegunka, osłabienie, podrażnienie skóry w miejscach intymnych, później stres, zwykły ludzki wstyd, skrępowanie – to wszystko sprawia, że czujemy się niekomfortowo. Samo badanie u poszczególnych pacjentów przebiega różnie: jednych da się zbadać sprawnie i bezproblemowo, inni odczuwają ból, a są osoby u których pełnego badania nie udaje się przeprowadzić – nawet w znieczuleniu. Ja osobiście czułam pewien dyskomfort, chwilami odczuwałam ból, ale niezbyt silny. Zdecydowanie więcej nacierpiałam się np. u dentysty. Podsumowując temat mojej pierwszej kolonoskopii: dało się to przeżyć, a mój paniczny strach przed tym badaniem był nieuzasadniony i niepotrzebny. Jego źródłem były informacje z internetu, których w ogóle nie powinnam była czytać.  Przez bzdury, których się naczytałam, miesiącami odwlekałam badanie, dzięki któremu mogłam zostać zdiagnozowana i  fachowo leczona, oraz doprowadziłam organizm do bardzo złego stanu.

Podczas tego pobytu w szpitalu zrobiono mi jeszcze gastroskopię i USG, badania krwi, kału itp, czyli taki standardowy pakiet. Końcowa diagnoza: wrzodziejące zapalenie jelita grubego i chroniczne zapalenie żołądka. Po kilku dniach pobytu w szpitalu, dobraniu leków i wlaniu we mnie sporej ilości kroplówek, z diagnozą i z zaleceniami wypisano mnie do domu.

Odszukałam lekarza, który robił mi kolonoskopię i rozpoczęłam leczenie. Mój lekarz stwierdził, że mam umiarkowaną postać choroby i że na pewno sobie z nią poradzimy. Po tych słowach nabrałam chęci do życia i nadziei, że będzie lepiej. Pomyślałam, że skoro to nie nowotwór, to musi dać się to wyleczyć. Uznałam, że jak będę stosować się do wszystkich zaleceń, jak będę regularnie przyjmowała leki, jak zastosuję odpowiednią dietę i zdobędę dużą wiedzę na temat mojej choroby, to się wyleczę. Niestety to tak nie działa. Miesiące mijały, a znaczącej poprawy nie było. Byłam leczona prawidłowo, wręcz „podręcznikowo”, co potwierdzili inni lekarze, u których zasięgałam opinii, mimo to trwałam ciągle w zaostrzeniu. Mało tego, dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego to nie wszystko, bo ta choroba zazwyczaj nie występuje solo – w pakiecie dostaje się jeszcze kilka innych. Mi przypadło zapalenie stawów i atopowe zapalenie skóry. Po kilku miesiącach mój lekarz stwierdził, że nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i że chyba jestem jakimś szczególnie opornym przypadkiem. Czułam się źle i źle wyglądałam. Może nawet nie dlatego, że byłam tak ciężko chora, ale dlatego że to się tak długo ciągnęło. To tak, jakby się miało jelitówkę przez kilka miesięcy non stop. Ciągle miałam biegunki, w niemal każdym stolcu była krew i śluz, nieustannie bolał mnie brzuch, miałam jadłowstręt i nudności, bolały mnie stawy. Miałam poważne niedobory magnezu, żelaza, kwasu foliowego, witaminy B12, których nie dawało się uzupełnić. Nocami dokuczały mi takie skurcze, że prawie nie sypiałam. Schudłam około dziesięciu kilogramów, wypadały mi włosy i miałam problemy ze skórą. Byłam zmęczona fizycznie i psychicznie, czułam zniechęcenie i rozczarowanie. 

W tym czasie w domu nie robiłam prawie nic, brakowało mi sił i chęci. Zawodowo ciągle pracowałam, ale przychodziło mi to z dużym trudem. Miałam problemy z koncentracją, a moja praca pociąga za sobą formalną i finansową odpowiedzialność, więc stale towarzyszył mi niepokój, że popełnię jakiś poważny błąd. Nie mogłam się pogodzić z tym, że robię wszystko jak trzeba, a i tak mi się nie poprawia, nie umiałam zaakceptować tego, że nie mam nad tym kontroli. Godzinami szukałam w internecie informacji o mojej chorobie. Kilka razy zmieniałam lekarza, po drodze były kolejne pobyty w szpitalu i kolejne kolonoskopie, ale już nie w powiatowym szpitalu, a w nowoczesnym szpitalu klinicznym w dużym mieście wojewódzkim.

W tym miejscu opowiem Wam w kilku zdaniach o moich pobytach w takiej właśnie nowoczesnej klinice. Warunki pobytowe były tam wręcz idealne, niemal jak w hotelu, a nie w szpitalu. Stosunkowo nowy kompleks budynków, sklepy, restauracja, szatnia, nowoczesne windy, oddziałowy radiowęzeł, ładne dwuosobowe sale z telewizją, do każdej sali łazienka z pełnym wyposażeniem (prysznic, wanna, sedes, bidet, umywalka, suszarka, usprawnienia dla niepełnosprawnych). W porównaniu z prowincjonalnym szpitalem, w którym bywałam poprzednio, to wyglądało jak inny świat. Tylko, że piękna łazienka i telewizor, to nie wszystko. Ta klinika to ogromny moloch, w którym pacjent czuje się zagubiony, nieważny i pozostawiony samemu sobie. Pielęgniarki kontraktowały się z pacjentami niemal wyłącznie przez radiowęzeł, a mojego lekarza prowadzącego widywałam dwa razy: pierwszego dnia, kiedy mnie przyjmowano na oddział (przychodził, żeby się przedstawić i oznajmić mi, że będzie moim lekarzem) i kiedy wychodziłam do domu (przychodził wręczyć mi wypis, uścisnąć dłoń i życzyć zdrowia). Z pacjentami kontaktował się wyłącznie stażysta, ale też rzadko. Co z tego, że miałam łazienkę do swojej dyspozycji i że kolonoskopię robili mi w znieczuleniu ogólnym, jak nikt tam ze mną nie rozmawiał, nie przeprowadzono ze mną szczegółowego wywiadu, nie omówiono wyników wykonanych mi badań, nie przedstawiono mi dalszego leczenia, czy zaleceń poszpitalnych. Dostawałam wypis, uścisk dłoni i do domu. To wyglądało jak taśma produkcyjna: pacjent trafia na oddział, zleca mu się badania krwi, moczu, kału, kieruje się go na USG, gastroskopię i kolonoskopię, i trzeciego dnia wypisuje się go do domu. Raz zdarzyło mi się być w szpitalu podczas cotygodniowego konsultowania wszystkich pacjentów z profesorem będącym kierownikiem i ordynatorem tamtejszej Katedry i Kliniki Gastroenterologii, który cieszył się ogromnym autorytetem, popartym wiedzą i doświadczeniem. Po zapoznaniu się z moim przypadkiem, ów profesor zalecił zmianę leczenia, ale posługiwał się bardzo fachowym słownictwem, tak że nie byłam w stanie zapamiętać jego zaleceń, poza tym na tym konsylium obecny był mój lekarz prowadzący, więc naiwnie sądziłam, że później mi to wytłumaczy i wdroży to leczenie. Nic z tego – pan doktor uznał, że on wie lepiej czego mi trzeba (jego zdaniem oczywiście więcej sterydów) i powiedział, żebym nie zawracała sobie głowy tym, co powiedział profesor.

Podczas mojej choroby byłam leczona sulfasalazyną, mesalazyną, sterydami, antybiotykami, immunosupresantami, anydepresantami i nie wiem czym jeszcze. Były tabletki, zastrzyki, czopki, wlewki doodbytnicze i dieta. Czasami mi się poprawiało, ale na krótko i znów wracałam do zaostrzenia, jeszcze gorszego niż to poprzednie. Taki stan trwał dwa lata. W sumie to nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie zaczęło się zmieniać moje nastawienie do choroby. Zaakceptowałam wreszcie to, że nie nad wszystkim mogę mieć kontrolę, że już zawsze będę chora i że najprawdopodobniej już zawsze będę przyjmować leki. Na początek odpuściłam sobie „edukację internetową” (no może nie całkiem, ale znacznie ją ograniczyłam). Przez te dwa lata nauczyłam się, na które leki mój organizm reaguje lepiej, a na które wcale. Wyczułam, jakie dawki sterydów mi pomagają i jaką muszę mieć ścieżkę ich odstawiania. Słucham zaleceń lekarzy i się do nich stosuję, ale jednocześnie dość zdecydowanie komunikuję własny punkt widzenia, który opiera się na moich doświadczeniach. Stworzyłam coś na kształt swojego własnego poradnika żywieniowego, który wcale nie jest taki rygorystyczny, a jak mam na coś prawdziwą ochotę, to od czasu do czasu to jem, nawet jak to nie jest w mojej chorobie zalecane. Uznałam, że mam dość dużo zdrowego rozsądku i całkiem niezłą intuicję, wiec sama najlepiej ocenię, co mi służy, a co nie. Jednak przede wszystkim postanowiłam spróbować zapanować nad emocjami i stresem. No i wróciłam do mojego pierwszego pana doktora. Wreszcie, po długim czasie zmagań udało mi się osiągnąć remisję, która trwała przez kilka kolejnych lat.

Niestety nikt z nas nie żyje w idealnym świecie pozbawionym problemów i powodów do stresu. A stres w mojej chorobie jest bardzo niewskazany, ale mimo że to wiem i rozumiem, to nie zawsze umiem nad nim panować, czy prawidłowo sobie z nim radzić. Jestem przekonana, że kolejne zaostrzenie miałam dlatego, że w pewnym momencie moja praca stała się bardzo stresogenna i frustrująca. Od mojego ostatniego zaostrzenia minęło już trochę czasu. Teraz objawowo jest naprawdę dobrze. Zobaczymy jaki będzie wynik hist-pat wycinków, które zostały pobrane podczas kolonoskopii, którą niedawno miałam.

Jeśli ktoś nie miał z tą chorobą do czynienia (osobiście, albo pośrednio), to nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo może być uciążliwa i wyniszczająca, jak może komplikować życie i jak może zrujnować psychikę. Był czas, że nigdzie nie wychodziłam, ani nie wyjeżdżałam, bo bałam się, że nie znajdę toalety, z której będę mogła skorzystać. Na trasie dom – praca – dom mam „zaprzyjaźnione” miejsca, gdzie w razie czego mogę wejść i skorzystać z ubikacji. W pracy też bywało niewesoło. Koleżanki wiedzą co i jak, ale klienci czasami bywali mocno zdziwieni, kiedy nagle, podczas rozmowy wybiegałam na zaplecze. Kobiety zazwyczaj w torebce noszą puderniczkę, czy szminkę, ja noszę papier toaletowy, nawilżone chusteczki i bieliznę na zmianę. To wszystko jest trudne, ale mimo to da się z tym żyć…

Dziś patrząc z perspektywy czasu na moje zachowanie na początku choroby nie mogę uwierzyć, że byłam taką ignorantką i tak głupio postępowałam. Od pierwszego ostrzeżenia, jakie dostałam w punkcie krwiodawstwa do rozpoczęcia prawidłowego leczenia upłyną prawie rok. Gdybym miesiącami nie odwlekała kolonoskopii, kiedy w jelitach toczył się już proces zapalny, to może nie musiałabym zmagać się z tak ciężkim i długim zaostrzeniem… A gdyby to był rak, to może już bym nie żyła. I dlaczego?! Bo bałam się zbadać! Bo się wstydziłam! Szczyt głupoty!

Kochani, cytując klasyka: nie idźcie tą drogą! Badajcie się. Dziś, kilka lat po mojej pierwszej kolonoskopii standardy są już trochę inne. Do oczyszczenia jelita można używać innych leków (niekoniecznie musi to być preferowany kilka lat temu Fortrans), badanie w znieczuleniu powoli staje się normą, coraz częściej badania wykonywane są w trybie ambulatoryjnym – wcale nie trzeba iść do szpitala. To nie jest przyjemne, ale da się to przeżyć. O pewne sprawy trzeba zadbać samemu. Jeśli kogoś krępuje paradowanie bez majtek, to należy się odpowiednio ubrać – w tunikę, albo w dłuższą koszulę. Ja na pierwsze badanie trafiłam z oddziału, gdzie byłam w piżamie, więc kiedy zdjęłam spodnie i majtki, to świeciłam gołą pupą, a do przykrycia miejsc intymnych pani pielęgniarka dała mi jeden listek ręcznika papierowego. Teraz już wiem, że mam prawo do poszanowania mojej intymności i mogę poprosić o prześcieradło, albo inne okrycie. Jest też specjalna jednorazowa bielizna do takich badań, ale bywa, że trzeba się samemu w nią zaopatrzyć, bo szpital jej nie udostępnia. Kolejna sprawa to lekarz, który nam to badanie przeprowadzi. Jeśli korzystamy z publicznej służby zdrowia, to najczęściej nie mamy wyboru, ale ja osobiście udałabym się tam gdzie będzie mnie badał gastroenterolog, a nie chirurg.

Jeśli chodzi o leczenie, to ja jestem leczona nazwijmy to „konwencjonalnie” ale wiem, że są prowadzone różne badania, pojawiają się nowe leki i terapie (np leczenie biologiczne, czy leki sterydowe o przedłużonym uwalnianiu), niestety z tego co wiem niektóre z nich są bardzo drogie i trudno dostępne. Są chorzy, którzy rezygnują z tradycyjnego leczenia farmakologicznego i „leczą” się stosując różne diety. Czy to działa? Nie wiem. 

Jeśli chodzi o koszty leczenia, to np moje leki aktualnie są w znacznej części refundowane (przykładowo w/g stanu na 1/05/2018 za tabletki, które kosztują 51,80 ja płacę 14,82 a za wlewki, których cena wynosi 143,28 ja płacę 3,20). Jednak na przestrzeni lat bywało różne. Był czas, kiedy na podstawowe leki wydawałam nawet kilkaset złotych.

Pomimo tego, że przytrafiła mi się dość uciążliwa choroba, to i tak uważam, że dostałam tę „lepszą” opcję. Mam „tylko” colitis ulcerosa, a nie crohna, który jest znacznie gorszy. Mimo, że choroba dała mi nieźle w kość, to w porównaniu z innymi miałam duuużo szczęścia. Wiem, że może być znacznie gorzej. Niektórzy mają przetoki, ropnie, przewężenia, przechodzą resekcję jelit, muszą być żywieni pozajelitowo, mają stomię. A mimo to studiują, zakładają rodziny, mają dzieci… Niestety ta choroba niejako predestynuje do zachorowania na raka jelita grubego, a im dłużej i ciężej się choruje, tym zagrożenie wzrasta. Ja jednak patrzę na to z innej strony: owszem choruję na CU i jestem w grupie ryzyka, ale dzięki temu częściej niż inni robię badania, jestem pod opieką lekarza specjalisty, co jakiś czas robię kolonoskopię, więc nawet jak „coś” się pojawi, to mam szansę na szybką reakcję.

Jeśli kogoś ten temat interesuje, to sporo przydatnych informacji można znaleźć na stronie Polskiego Towarzystwa Wspierania Osób z Nieswoistymi Zapaleniami Jelita „J-elita” http://j-elita.org.pl/

PS Niedawno poddamłam się kolejnym badaniom – miałam gastroskopię i kolonoskopię, ale o tym napiszę w oddzielnym wpisie.

To chyba najdłuższy i najbardziej osobisty post jaki kiedykolwiek napisałam!