Epic Drama – Nowy kanał telewizyjny

Zacznę od tego, że jestem dość nietypowym telewidzem, bo mimo że posiadam odbiornik i dostęp do sporej ilości kanałów, to rzadko cokolwiek oglądam. Moja awersja do telewizji bierze się głównie stąd, że coraz częściej dostrzegam, iż nadawcy telewizyjni bez żadnych skrupułów manipulują swoimi odbiorcami, kreując ich gusta i zainteresowania, a co gorsza wpływając na ich preferencje polityczne. Swego czasu bardzo sobie ceniłam i lubiłam oglądać telewizje informacyjne, jednak z upływem lat kompletnie zmieniłam zdanie. Z biegiem czasu nabrałam przekonania, że w programach informacyjnych nie przekazuje się już faktów, czy relacji z wydarzeń, a tylko poglądy i opinie. A ja na podstawie przekazanych informacji chcę mieć możliwość wyrobienia sobie swojego własnego zdania, nie życzę sobie, żeby za moje własne pieniądze ktoś narzucał mi poglądy właściciela stacji! Dlatego jeśli już oglądam telewizję, to bardzo wybiórczo, skupiając się tylko na tym co mnie interesuje, a interesuje mnie na przykład historia. Pamiętam, że od lat lubiłam oglądać programy i filmy historyczne. Do dziś jestem fanką sensacji XX wieku Bogusława Wołoszańskiego. 

Niedawno szukając w telewizji czegoś godnego uwagi przeglądałam listę kanałów i trafiłam na Epic Drama. Nie wiem od kiedy ten kanał jest w ofercie nadawców, ja trafiłam na niego około miesiąc temu. Z tego co się zdążyłam zorientować, to jest to kanał serialowy. W ofercie znajdują się produkcje mniej lub bardziej historyczne, o tematyce wojennej, przygodowej, kryminalnej, romantycznej, obyczajowej i politycznej.

Ja aktualnie oglądam (a raczej nagrywam na później) Dynastię Tudorów, Prawdziwą historię rodu Borgiów, Wersal prawo krwi i Katarzynę Wielką, a i jeszcze Rozpustnice. Wszystkie wymienione seriale są historyczne i kostiumowe. W niektórych przypadkach można dyskutować na temat poziomu gry aktorskiej, ale już kostiumy, scenografia i sama historia są niezaprzeczalnymi atutami tych produkcji. Ukazują ówczesne życie dworskie pełne zdrad i intryg, kulisy prowadzonej wówczas polityki, genezę różnych konfliktów europejskich i bezpardonową walkę o przetrwanie dynastii.  Śledząc losy bohaterów na przykład serialu o Borgiach, trudno uwierzyć, że czasy w których toczy się ta opowieść były aż tak pełne zepsucia i anarchii, a ludzie (głównie duchowni) byli skorumpowani do granic możliwości.

Jeśli macie ten kanał w swoim abonamencie, to szczerze polecam zainteresowanie się nim. Naprawdę warto.

Reklamy

Perfumy z Biedronki

Może mnie wyśmiejecie, że mam kiepski gust, skoro spodobały mi się perfumy kupione w dyskoncie, ale trudno… Zaryzykuję i opowiem Wam o moim nowym zapachu.

W kwestii zapachów, to przyznaję, że trudno mi znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Kosmetyki, których używam najczęściej są bezwonne, bo większość zapachów mi nie odpowiada, drażni mnie, czy wręcz powoduje ataki migreny. Tak samo mam z perfumami, rzadko cokolwiek mi się podoba. Na szczęście kilka lat temu dzięki koleżance z pracy odkryłam zapach, który wyjątkowo przypadł mi do gustu i od tego czasu jestem mu wierna – jest to  woda perfumowana Burberry for Women. Moim zdaniem to bardzo subtelny i nienachalny zapach, który ma w sobie to coś. Ale tak się już do niego przyzwyczaiłam, że zupełnie przestałam go czuć i dlatego postanowiłam sprawić sobie coś nowego. Kierując się składem moich ulubionych perfum wynotowałam sobie kilka nazw do powąchania w perfumerii, oprócz tego zamówiłam kilka próbek z drogerii internetowej. Niestety nic mi się nie spodobało.

Po tym przydługim wstępie przejdę wreszcie do tego jak to się stało, że zakupiłam perfumy w Biedronce. Otóż w mojej Biedronce zrobiono ostatnio „przemeblowanie” (oczywiście trudno teraz cokolwiek znaleźć, ale pewnie o to między innymi chodziło), no i po tych zmianach dział z chemią i kosmetykami stał się nareszcie dostępny, bo przedtem zawsze stały tam jakieś nierozładowane palety. W ten sposób odkryłam, że w Biedronce są w sprzedaży perfumy, a konkretnie wody perfumowane marki Bi-es (Uroda Polska Sp. z o. o.). Nazwa Bi-es była mi kompletnie nieznana, ale mimo to postanowiłam sprawdzić czym to coś pachnie. W sprzedaży dostępne były chyba cztery różne zapachy, mi spodobały się Bi-es Crystal.

Jeśli chodzi o opakowanie, to flakonik umieszczony jest w tekturowym pudełku, którego szata graficzna utrzymana jest w jasnej, biało-srebrnej tonacji.

Sam flakon jest szklany, ma pojemność 100 mililitrów, a kształtem przypomina wyciągniętą ku górze piramidę, jego zawartość jest raczej bezbarwna, choć w zależności od tego, jak pada światło, chwilami wydaje się lekko zielonkawa.

Co do samych perfum, to jest to połączenie nut owocowych, kwiatowych i drzewnych. Zapach jest słodki, ale przy tym dość lekki i delikatny, nie duszący i ku mojemu zdziwieniu jest całkiem trwały, po kilku godzinach od użycia jest nadal wyczuwalny, choć z upływem czasu staje się delikatniejszy. Perfumy rozpylone w powietrzu, albo na pasku testowym pachną nieco inaczej niż na ciele, moim zdaniem na skórze prezentują się lepiej. Na razie zapach raczej mi odpowiada, zobaczymy czy z czasem się nim znudzę. 

Mimo, że tak tanie perfumy okazały się całkiem przyjemne i trwałe, to nie sądzę, żebym na stałe zagustowała w takich produktach. I nie chodzi mi tu o ich nuty zapachowe, ale o nieoryginalność tego wyrobu. Podobno jest to zapach bardzo zbliżony do perfum Giorgio Armani Emporio Diamonds. Osobiście nie jestem zwolenniczką kupowania produktów, które jak to się teraz ładnie mówi są „zainspirowane” już istniejącym wyrobem, gdyż uważam, że jest to okradanie twórcy z jego pomysłu i nakładu pracy, jaki włożył w jego stworzenie. Niemniej jednak ceny niektórych oryginalnych produktów są tak absurdalnie wysokie i niczym nieuzasadnione, że trudno się dziwić, iż klienci sięgają po te nieoryginalne.

Dla mnie ten zakup był rodzajem testu, czy eksperymentu, którego wynik trochę mnie zaskoczył, bo produkt okazał się nad podziw dobry, jednak na przyszłość pozostanę wierna produktom oryginalnym – może nie tym najdroższym, bo na te mnie nie stać, ale myślę, że w ramach możliwości finansowych przeciętnego klienta też można znaleźć ciekawe, a przy tym oryginalne produkty.  

Metryczka: 

  • Nazwa: Woda perfumowana Bi-es Crystal
  • Skład: Nuta głowy: jabłko, pomarańcza, grejpfrut, galbanum. Nuta serca: jaśmin, róża, konwalia. Nuta bazowa: drewno cedrowe, bursztyn, piżmo, bób Tonka, wanilia. 
  • Cena: 14,99 PLN za pojemność 100 ml (Biedronka)

W powyższym tekście słowo „perfumy” używane jest w znaczeniu potocznym.

Nowe storczyki

Poprzedniego storczyka miałam kilka miesięcy, kupiłam go ze sporą ilości pąków i ku mojemu zdziwieniu wszystkie pączki się rozwinęły, a nie opadły jak to zwykle u mnie bywa. Storczyk kwitł naprawdę długo, ale po tym długim okresie prezentowania się w pełnej okazałości nagle kwiaty zaczęły więdnąć i opadać – roślina zrzuciła wszystkie kwiaty chyba w ciągu 3 czy 4 dni. Nabyłam więc dwa nowe egzemplarze, tym razem biały (po raz kolejny) i w ciapki (takiego jeszcze nie miałam). Mam nadzieję, że nowe roślinki będą długo cieszyć moje oczy swoim pięknym widokiem.

Moja kolejna kolonoskopia i gastroskopia

Jestem świeżo po kolejnych badaniach endoskopowych przewodu pokarmowego (najpierw miałam gastroskopię, a bezpośrednio po niej kolonoskopię). Tak jak obiecałam w poprzednim poście opiszę jak zniosłam przygotowanie do kolonoskopii i przebieg obu badań. Na początek dla niezorientowanych wyjaśnię, że choruję na wrzodziejące zapalenie jelita grubego i w związku z tym nie były to moje pierwsze takie badania. We wcześniejszych latach miałam kilkukrotnie robioną zarówno gastroskopię, jak i kolonoskopię. Tegoroczne badania zrobiłam na własne życzenie, poza tym świadomie zdecydowałam się na badania bez znieczulenia (chciałam być  w pełnym kontakcie podczas wykonywania obu badań).

Mimo, że od jakiegoś czasu nie  miałam żadnych dolegliwości, to poprosiłam moją lekarkę POZ o skierowania i dostałam je bez żadnego problemu. Na badania w wybranej przeze mnie przyszpitalnej przychodni musiałam czekać ponad dwa miesiące. 

W dniu badań z samego rana się wykąpałam, ułożyłam sobie włosy i zrobiłam lekki makijaż – tak dla lepszego samopoczucia. O umówionej godzinie „zwarta i gotowa” zjawiłam się w przychodni. Dostałam do wypełnienia ankietę o stanie zdrowia, informację o badaniach i zgodę na ich przeprowadzenie. Oba badania wykonywał mi ten sam lekarz, który jest gastroenterologiem.  Z tej racji, że miałam wykonywane dwa badania mój pobyt w gabinecie był długi, myślę że byłam tam co najmniej godzinę, jak nie dłużej.  

Gastroskopia:

Jest to badanie górnego odcinka przewodu pokarmowego polegające na wprowadzeniu do niego giętkiego przewodu (endoskopu) zaopatrzonego w źródło światła i układ rejestrujący oraz przekazujący obraz. Badanie to pozwala dokładnie ocenić przełyk, żołądek i opuszkę dwunastnicy pod względem wyglądu błony śluzowej, soku żołądkowego (kolor, ilość, obecność ewentualnej domieszki żółci) oraz elastyczność ścian. Endoskop wprowadzany jest przez usta, po spryskaniu gardła środkiem znieczulającym. (Informacje z internetu)

Do tego badania nie trzeba się jakoś szczególnie przygotowywać. Wystarczy na 8 godzin przed badaniem nie jeść, a na 4 godziny przed nie pić, nie palić, nie żuć gumy.

Badanie u mnie przebiegło standardowo, przez żadnych komplikacji. Owszem odczuwałam spory dyskomfort, miałam mocny odruch wymiotny i bardzo się śliniłam, ale jak chwilami udawało mi się uspokoić oddech, to było trochę lepiej. Lekarz dokładnie obejrzał przełyk i żołądek oraz pobrał wycinki do badań histopatologicznych z chorobowo zmienionych miejsc.

W diagnozie nie było nic niepojącego, chyba tylko lekkie zapalenie żołądka i jakieś nieistotne zmiany w przełyku, co potwierdziły badania histopatologiczne.

Po tym badaniu  pozwolono mi chwilkę odpocząć i poproszono mnie o przygotowanie się do kolonoskopii.

Kolonoskopia:

Jest to badanie dolnego odcinka przewodu pokarmowego polegające na obejrzeniu wnętrza jelita grubego. Polega ono na wprowadzeniu przez odbyt specjalnego wziernika zakończonego kamerą i przesłaniu obrazu na zewnątrz. Do tego celu służy giętki instrument zwany kolonoskopem. Podczas kolonoskopii możliwe jest też pobieranie wycinków błony śluzowej jelita grubego do badań histopatologicznych, a także wykonywanie drobnych zabiegów, np. usuwanie pojedynczych polipów. (Informacje z internetu)

Do oczyszczenia jelita zgodnie z zaleceniem lekarza użyłam leku CitraFleet (w odpowiednich odstępach czasu należy przyjąć dwie dawki leku i wypić łącznie około 4 litrów wody). Przygotowania rozpoczęłam po południu, tak żeby zakończyć je przed snem. Nie liczyłam tego, ale myślę że po spożyciu leku w toalecie łącznie byłam kilkadziesiąt razy. Oczyszczaniu mojego jelita nie towarzyszył żaden ból brzucha, odczuwałam tylko lekkie skurcze. Było to jedynie uciążliwe i nieprzyjemne, ale na pewno nie wiązało się z bólem. Spać poszłam grubo po północy, bo ciągle jeszcze musiałam odwiedzać toaletę, ale jak już się położyłam, to szybko zasnęłam.

Tak jak wspomniałam wcześniej badania miałam rano, najpierw gastroskopię, później kolonoskopię. Po gastroskopii mogłam chwilę odpocząć i poproszono mnie, żebym się przygotowała do kolonoskopii. Pokazano mi gdzie się mogę rozebrać, gdybym potrzebowała to mogłam jeszcze skorzystać z toalety, dostałam też specjalne jednorazowe spodenki do badania – takie z otworem na pupie (na wszelki wypadek miałam też swoje, ale okazały się niepotrzebne). Na początku badania kazano mi się położyć na lewym boku, a później przekręcić na plecy. Do pomocy w badaniu pan doktor miał dwie pielęgniarki, które w odpowiednich miejscach uciskały mój brzuch, żeby łatwiej było prowadzić kolonoskop. Podczas całego badania lekarz mówił mi co robi, na jakim etapie badania aktualnie jesteśmy i  ostrzegał kiedy może być trochę gorzej, a kiedy już dotarł do końca jelita grubego i zaczął wycofywać kolonoskop odwrócił monitor w moją stronę i wyjaśnił mi jak wygląda zdrowa część mojego jelita, a jak ta chorobowo zmieniona. Z jelita pobrane zostały wycinki do badania histopatologicznego.

Podsumowując: zniosłam to badanie wyjątkowo dobrze, co potwierdził lekarz je wykonujący. Podczas badania byłam spokojna, rozmawiałam z lekarzem i paniami pielęgniarkami, stosowałam się do poleceń. Owszem, odczuwałam lekki ból i dyskomfort, ale był on naprawdę niewielki. Przygotowanie jelita mój doktor ocenił na 9 w skali do 9. 

Nie mam żadnej traumy po tym badaniu, nie stresowałam się, nie bolało mnie, nie czułam się skrępowana. Przy gabinecie była mała przebieralnia i toaleta z umywalką.  Do badania dostałam specjalną bieliznę. W gabinecie gdzie byłam badana nie było żadnych postronnych osób, nikt tam nie wchodził i nie przeszkadzał, a łóżko na którym byłam badana było zasłonięte parawanem. Personel był dla mnie miły i pomocny. 

Gdyby się okazało, że z jakiś powodów muszę się przebadać po raz kolejny, to nie ma żadnego problemu – mogę to zrobić w każdej chwili. Jeśli chodzi o pracę to wzięłam kilka dni wolnego, żeby bez stresu móc przygotować się do badań i na spokojnie je wykonać, ale tak prawdę mówiąc (oczywiście gdyby zaszła taka potrzeba), to spokojnie mogłam się przygotować jednego dnia po południu, rano zrobić badania i pójść do pracy na drugą zmianę, bo po badaniach nic szczególnego mi się nie działo.

Co do wyników, to moja choroba, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego zostało po raz kolejny potwierdzone. Z objawów (a raczej ich braku) oraz wyglądu jelita można było uznać, że mam remisję, niestety po otrzymaniu wyników z badania histopatologicznego okazało się, że w jelicie toczy się intensywny, przewlekły proces zapalny. Teraz muszę się poddać bardziej intensywnemu leczeniu, a nie tylko podtrzymującemu, jak dotychczas.

Jestem z siebie bardzo zadowolona, a wręcz dumna, że zdecydowałam się zrobić to badanie, chociaż nikt mnie do niego nie zmuszał. Czułam, że powinnam się przebadać, mimo że nie miałam żadnych niepojących objawów. Cieszę się, że poddałam mu się bez znieczulenia, byłam świadoma i w kontakcie, a dzięki temu zobaczyłam jak moje jelito wygląda od środka, no i nie trułam się niepotrzebnie środkiem usypiającym.

Uważam się za osobę dość zdyscyplinowaną i konsekwentną. Słucham zaleceń lekarzy i zazwyczaj się do nich stosuję, ale zarówno w życiu, jak i w leczeniu kieruję się też swoją intuicją. Nie ujmując nic mojej lekarce POZ, która bez problemu skierowała mnie na kolonoskopię, mimo że nie miałam żadnych niepojących objawów, to jej reakcja na wyniki hist-pat (przypomnę intensywny przewlekły proces zapalny), była taka, że skoro nie mam objawów, to nie trzeba nic z tym robić. Moja intuicja i zdrowy rozsądek mówiły mi co innego i dlatego skonsultowałam się ze specjalistą, który zalecił zintensyfikowanie leczenia.

Co mogę jeszcze dodać? Chyba tylko tyle, że jeśli macie jakieś niepokojące objawy, to koniecznie się przebadajcie, a jeśli nie macie, to badajcie się profilaktycznie. Zdaję sobie sprawę, że żadne badania nie dadzą nam 100% wykrywalności, ale badając się okresowo przynajmniej dajemy sobie jakąś szansę.

Żeby już definitywnie zakończyć to opowiadanie o sobie, to powiem Wam jeszcze, że na drugi dzień po kolonoskopii wybrałam się jeszcze do ginekologa na wizytę kontrolną i cytologię, a wszystko to działo się kilka dni po tym jak upadłam na rowerze i się potłukłam, więc wszędzie mieli ze mnie niezły ubaw – posiniaczona, obdrapana, kuśtykająca, ale twardo się bada…

Link do wpisu o mojej chorobie: https://2018/05/19/historia-pewnej-choroby/

Historia pewnej choroby

Witajcie!

19 maja obchodzony jest Światowy Dzień Nieswoistych Zapaleń Jelit. Postanowiłam tego właśnie dnia opowiedzieć Wam moją „historię choroby”. Od kilku lat choruję na colitis ulcerosa, czyli na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Jest to choroba zaliczana do grupy nieswoistych zapaleń jelit. Dokładna przyczyna choroby nie jest znana. Uznaje się, że jest spowodowana przez autoagresję systemu odpornościowego. Choroba ma przebieg przewlekły i składa się okresów remisji i zaostrzeń. Tyle tytułem wstępu.

Zaczęło się od tego, że kilka lat temu po raz kolejny poszłam oddać krew. Tam standardowo najpierw wzięto ode mnie próbkę krwi, żeby zbadać mi hemoglobinę i żelazo. Po chwili pielęgniarka zaprowadziła mnie do lekarza, a ten stwierdził, że moje wyniki są kiepskie, a poziom żelaza niepokojąco niski. Poradził, żebym szybko zrobiła pełną analizę krwi i udała się do swojego lekarza. Tego dnia krwi ode mnie oczywiście nie wzięli, co mnie wręcz zezłościło, bo przyszłam, byłam chętna, dobrze się czułam, a oni mi odmówili, mało tego wmawiają mi jeszcze jakąś chorobę. Nie wiem dlaczego, ale zlekceważyłam słowa tego lekarza, chociaż zazwyczaj w takich sytuacjach jestem czujna. Później jeszcze raz chciałam oddać krew i sytuacja się powtórzyła. W międzyczasie zrobiłam te wyniki, ale do lekarza z nimi nie poszłam. Aż któregoś pięknego dnia, bez żadnego ostrzeżenia w toalecie zauważyłam krew i to nie były jakieś niewielkie ślady, tylko całkiem sporo krwi w różnych odcieniach, od prawie czarnej, jakby zeschniętej, do żywo czerwonej. No i się zaczęło… Powoli i systematycznie mój stan się pogarszał, coraz częściej musiałam korzystać z toalety, miałam biegunki, każdemu wypróżnieniu towarzyszyło wydalanie krwi w sporych ilościach, stale bolał mnie brzuch, w którym bulgotało i się przelewało. Zaczęłam tracić na wadze, stałam się słaba i ospała. Nie wiem dlaczego, ale nikomu nie powiedziałam, co się ze mną dzieje. Najpierw udawałam przed samą sobą, że nic się nie dzieje. Zachowywałam się jak małe dziecko, które myśli, że jak zamknie oczka, to go nie widać. Później uznałam, że na 100% mam raka jelita grubego i to na pewno zaawansowanego, ale zamiast szukać pomocy u lekarza, szukałam porad w internecie. Jak trochę poczytałam, to się oczywiście sama zdiagnozowałam: stwierdziłam, że mam colitis ulcerosa (wrzodziejące zapalenie jelita grubego), albo crohna (choroba Leśniowskiego-Crohna). Wszędzie pisano, że niezbędnym badaniem przy dolegliwościach takich jak moje jest kolonoskopia i że jej wykonanie jest podstawą dalszego leczenia. Zaczęłam więc czytać o kolonoskopii i po tym, czego się dowiedziałam, stwierdziłam że prędzej umrę, niż poddam się temu badaniu. I uwierzcie mi, że to nie było tylko takie gadanie. Ja naprawdę tak myślałam. To badanie było dla mnie barierą nie do przejścia. Mój stan nadal systematycznie się pogarszał. Doszłam do takiego momentu, że nie byłam już w stanie funkcjonować. Wreszcie udałam się do lekarza w przychodni, pani doktor nie chciała się wdawać w żadne dywagacje. Wypisała mi skierowanie na kolonoskopię i kazała się zgłosić do gastrologa. Na moje usilne prośby wypisała mi dwa leki, jeden przeciwkrwotoczny i drugi, który stosuje się w chorobach zapalnych jelit, ale zastrzegła, że to tylko ten jeden raz. Bez diagnozy i zaleceń od specjalisty, nie będzie mi niczego wypisywać. Leki zadziałały, może nie było idealnie, ale  było lepiej. Zaczęłam więc kombinować, jak te leki zdobyć (były na receptę). Za każdym razem, jak kończyły mi się tabletki umawiałam się do innego lekarza i udawałam, że to moja pierwsza wizyta z tymi dolegliwościami. Owszem dostawałam receptę, ale też skierowanie na kolonoskopię. W pewnym momencie miałam ich już pięć (zostawiłam je sobie na pamiątkę, jako dowód mojej głupoty). Powoli kończyli mi się lekarze, do których mogłabym pójść po kolejne recepty, więc postanowiłam sprawdzić, czy może już mi przeszło i mogę funkcjonować bez leków. W tym samym czasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, oczywiście nie przyznałam się lekarzowi do problemów z jelitami, więc przepisał mi doustny antybiotyk, który do reszty zrujnował moje „flaki”. No i dostałam takiego zaostrzenia choroby jelit, że w kiepskim stanie wylądowałam w szpitalu. Tam trafiłam na bardzo rzeczową i kompetentną panią doktor, która powiedziała, że według niej mam colitis ulcerosa, ale trzeba to potwierdzić w kolonoskopii i od razu umówiła mnie na badanie. Była bardzo grzeczna, spokojna, ale i konkretna. Właściwie nie pytała mnie, czy się zgadzam, tylko oznajmiła, że badanie będę miała za dwa dni. W tym momencie byłam już chyba zbyt chora i słaba, żeby protestować.

Przygotowanie do kolonoskopii było dla mnie ciężkim doświadczeniem. Trzeba całkowicie oczyścić jelita, w tym celu należy wypić około czterech litrów wody, w której rozpuszczony jest środek przeczyszczający, który wkrótce zaczyna działać. Pijemy więc tę niesmaczną wodę, biegniemy do ubikacji, znowu pijemy i tak w kółko. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale to przygotowanie było dla mnie najgorszym etapem całego badania. Leżałam na internie, na kilkuosobowej sali, zdana byłam na wspólną toaletę wątpliwej czystości, która w dodatku często była zajęta, a ja musiałam z niej skorzystać już, natychmiast. Na końcu już w ogóle nie wychodziłam z ubikacji. Byłam słaba, zmęczona i wystraszona. W noc przed badaniem nie zasnęłam ani na chwilę. Tak strasznie się bałam, że omal stamtąd nie uciekłam. Przed samym badaniem dostałam jakiś zastrzyk na uspokojenie, bo byłam tak zdenerwowana, że nie potrafiłam się podpisać, niestety nie zadziałał na czas. Badanie robił mi lekarz gastroenterolog, który później został moim lekarzem prowadzącym. Był bardzo spokojny i miły. Tłumaczył mi wszystko co robił i pokazywał to na ekranie monitora. Przeprowadził badanie bardzo sprawnie, pobrał też wycinki do badań histopatologicznych. Na tym skończyła się moja pierwsza kolonoskopia.

Nie będę tu pisać bzdur, że badanie jest lekkie, łatwe i przyjemne, bo takie nie jest. Przygotowanie jest trudne, szczególnie dla osoby już wcześniej wycieńczonej chorobą. Wypicie tak dużej ilości zimnej i niesmacznej wody, wielogodzinna biegunka, osłabienie, podrażnienie skóry w miejscach intymnych, później stres, zwykły ludzki wstyd, skrępowanie – to wszystko sprawia, że czujemy się niekomfortowo. Samo badanie u poszczególnych pacjentów przebiega różnie: jednych da się zbadać sprawnie i bezproblemowo, inni odczuwają ból, a są osoby u których pełnego badania nie udaje się przeprowadzić – nawet w znieczuleniu. Ja osobiście czułam pewien dyskomfort, chwilami odczuwałam ból, ale niezbyt silny. Zdecydowanie więcej nacierpiałam się np. u dentysty. Podsumowując temat mojej pierwszej kolonoskopii: dało się to przeżyć, a mój paniczny strach przed tym badaniem był nieuzasadniony i niepotrzebny. Jego źródłem były informacje z internetu, których w ogóle nie powinnam była czytać.  Przez bzdury, których się naczytałam, miesiącami odwlekałam badanie, dzięki któremu mogłam zostać zdiagnozowana i  fachowo leczona, oraz doprowadziłam organizm do bardzo złego stanu.

Podczas tego pobytu w szpitalu zrobiono mi jeszcze gastroskopię i USG, badania krwi, kału itp, czyli taki standardowy pakiet. Końcowa diagnoza: wrzodziejące zapalenie jelita grubego i chroniczne zapalenie żołądka. Po kilku dniach pobytu w szpitalu, dobraniu leków i wlaniu we mnie sporej ilości kroplówek, z diagnozą i z zaleceniami wypisano mnie do domu.

Odszukałam lekarza, który robił mi kolonoskopię i rozpoczęłam leczenie. Mój lekarz stwierdził, że mam umiarkowaną postać choroby i że na pewno sobie z nią poradzimy. Po tych słowach nabrałam chęci do życia i nadziei, że będzie lepiej. Pomyślałam, że skoro to nie nowotwór, to musi dać się to wyleczyć. Uznałam, że jak będę stosować się do wszystkich zaleceń, jak będę regularnie przyjmowała leki, jak zastosuję odpowiednią dietę i zdobędę dużą wiedzę na temat mojej choroby, to się wyleczę. Niestety to tak nie działa. Miesiące mijały, a znaczącej poprawy nie było. Byłam leczona prawidłowo, wręcz „podręcznikowo”, co potwierdzili inni lekarze, u których zasięgałam opinii, mimo to trwałam ciągle w zaostrzeniu. Mało tego, dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego to nie wszystko, bo ta choroba zazwyczaj nie występuje solo – w pakiecie dostaje się jeszcze kilka innych. Mi przypadło zapalenie stawów i atopowe zapalenie skóry. Po kilku miesiącach mój lekarz stwierdził, że nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i że chyba jestem jakimś szczególnie opornym przypadkiem. Czułam się źle i źle wyglądałam. Może nawet nie dlatego, że byłam tak ciężko chora, ale dlatego że to się tak długo ciągnęło. To tak, jakby się miało jelitówkę przez kilka miesięcy non stop. Ciągle miałam biegunki, w niemal każdym stolcu była krew i śluz, nieustannie bolał mnie brzuch, miałam jadłowstręt i nudności, bolały mnie stawy. Miałam poważne niedobory magnezu, żelaza, kwasu foliowego, witaminy B12, których nie dawało się uzupełnić. Nocami dokuczały mi takie skurcze, że prawie nie sypiałam. Schudłam około dziesięciu kilogramów, wypadały mi włosy i miałam problemy ze skórą. Byłam zmęczona fizycznie i psychicznie, czułam zniechęcenie i rozczarowanie. 

W tym czasie w domu nie robiłam prawie nic, brakowało mi sił i chęci. Zawodowo ciągle pracowałam, ale przychodziło mi to z dużym trudem. Miałam problemy z koncentracją, a moja praca pociąga za sobą formalną i finansową odpowiedzialność, więc stale towarzyszył mi niepokój, że popełnię jakiś poważny błąd. Nie mogłam się pogodzić z tym, że robię wszystko jak trzeba, a i tak mi się nie poprawia, nie umiałam zaakceptować tego, że nie mam nad tym kontroli. Godzinami szukałam w internecie informacji o mojej chorobie. Kilka razy zmieniałam lekarza, po drodze były kolejne pobyty w szpitalu i kolejne kolonoskopie, ale już nie w powiatowym szpitalu, a w nowoczesnym szpitalu klinicznym w dużym mieście wojewódzkim.

W tym miejscu opowiem Wam w kilku zdaniach o moich pobytach w takiej właśnie nowoczesnej klinice. Warunki pobytowe były tam wręcz idealne, niemal jak w hotelu, a nie w szpitalu. Stosunkowo nowy kompleks budynków, sklepy, restauracja, szatnia, nowoczesne windy, oddziałowy radiowęzeł, ładne dwuosobowe sale z telewizją, do każdej sali łazienka z pełnym wyposażeniem (prysznic, wanna, sedes, bidet, umywalka, suszarka, usprawnienia dla niepełnosprawnych). W porównaniu z prowincjonalnym szpitalem, w którym bywałam poprzednio, to wyglądało jak inny świat. Tylko, że piękna łazienka i telewizor, to nie wszystko. Ta klinika to ogromny moloch, w którym pacjent czuje się zagubiony, nieważny i pozostawiony samemu sobie. Pielęgniarki kontraktowały się z pacjentami niemal wyłącznie przez radiowęzeł, a mojego lekarza prowadzącego widywałam dwa razy: pierwszego dnia, kiedy mnie przyjmowano na oddział (przychodził, żeby się przedstawić i oznajmić mi, że będzie moim lekarzem) i kiedy wychodziłam do domu (przychodził wręczyć mi wypis, uścisnąć dłoń i życzyć zdrowia). Z pacjentami kontaktował się wyłącznie stażysta, ale też rzadko. Co z tego, że miałam łazienkę do swojej dyspozycji i że kolonoskopię robili mi w znieczuleniu ogólnym, jak nikt tam ze mną nie rozmawiał, nie przeprowadzono ze mną szczegółowego wywiadu, nie omówiono wyników wykonanych mi badań, nie przedstawiono mi dalszego leczenia, czy zaleceń poszpitalnych. Dostawałam wypis, uścisk dłoni i do domu. To wyglądało jak taśma produkcyjna: pacjent trafia na oddział, zleca mu się badania krwi, moczu, kału, kieruje się go na USG, gastroskopię i kolonoskopię, i trzeciego dnia wypisuje się go do domu. Raz zdarzyło mi się być w szpitalu podczas cotygodniowego konsultowania wszystkich pacjentów z profesorem będącym kierownikiem i ordynatorem tamtejszej Katedry i Kliniki Gastroenterologii, który cieszył się ogromnym autorytetem, popartym wiedzą i doświadczeniem. Po zapoznaniu się z moim przypadkiem, ów profesor zalecił zmianę leczenia, ale posługiwał się bardzo fachowym słownictwem, tak że nie byłam w stanie zapamiętać jego zaleceń, poza tym na tym konsylium obecny był mój lekarz prowadzący, więc naiwnie sądziłam, że później mi to wytłumaczy i wdroży to leczenie. Nic z tego – pan doktor uznał, że on wie lepiej czego mi trzeba (jego zdaniem oczywiście więcej sterydów) i powiedział, żebym nie zawracała sobie głowy tym, co powiedział profesor.

Podczas mojej choroby byłam leczona sulfasalazyną, mesalazyną, sterydami, antybiotykami, immunosupresantami, anydepresantami i nie wiem czym jeszcze. Były tabletki, zastrzyki, czopki, wlewki doodbytnicze i dieta. Czasami mi się poprawiało, ale na krótko i znów wracałam do zaostrzenia, jeszcze gorszego niż to poprzednie. Taki stan trwał dwa lata. W sumie to nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie zaczęło się zmieniać moje nastawienie do choroby. Zaakceptowałam wreszcie to, że nie nad wszystkim mogę mieć kontrolę, że już zawsze będę chora i że najprawdopodobniej już zawsze będę przyjmować leki. Na początek odpuściłam sobie „edukację internetową” (no może nie całkiem, ale znacznie ją ograniczyłam). Przez te dwa lata nauczyłam się, na które leki mój organizm reaguje lepiej, a na które wcale. Wyczułam, jakie dawki sterydów mi pomagają i jaką muszę mieć ścieżkę ich odstawiania. Słucham zaleceń lekarzy i się do nich stosuję, ale jednocześnie dość zdecydowanie komunikuję własny punkt widzenia, który opiera się na moich doświadczeniach. Stworzyłam coś na kształt swojego własnego poradnika żywieniowego, który wcale nie jest taki rygorystyczny, a jak mam na coś prawdziwą ochotę, to od czasu do czasu to jem, nawet jak to nie jest w mojej chorobie zalecane. Uznałam, że mam dość dużo zdrowego rozsądku i całkiem niezłą intuicję, wiec sama najlepiej ocenię, co mi służy, a co nie. Jednak przede wszystkim postanowiłam spróbować zapanować nad emocjami i stresem. No i wróciłam do mojego pierwszego pana doktora. Wreszcie, po długim czasie zmagań udało mi się osiągnąć remisję, która trwała przez kilka kolejnych lat.

Niestety nikt z nas nie żyje w idealnym świecie pozbawionym problemów i powodów do stresu. A stres w mojej chorobie jest bardzo niewskazany, ale mimo że to wiem i rozumiem, to nie zawsze umiem nad nim panować, czy prawidłowo sobie z nim radzić. Jestem przekonana, że kolejne zaostrzenie miałam dlatego, że w pewnym momencie moja praca stała się bardzo stresogenna i frustrująca. Od mojego ostatniego zaostrzenia minęło już trochę czasu. Teraz objawowo jest naprawdę dobrze. Zobaczymy jaki będzie wynik hist-pat wycinków, które zostały pobrane podczas kolonoskopii, którą niedawno miałam.

Jeśli ktoś nie miał z tą chorobą do czynienia (osobiście, albo pośrednio), to nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo może być uciążliwa i wyniszczająca, jak może komplikować życie i jak może zrujnować psychikę. Był czas, że nigdzie nie wychodziłam, ani nie wyjeżdżałam, bo bałam się, że nie znajdę toalety, z której będę mogła skorzystać. Na trasie dom – praca – dom mam „zaprzyjaźnione” miejsca, gdzie w razie czego mogę wejść i skorzystać z ubikacji. W pracy też bywało niewesoło. Koleżanki wiedzą co i jak, ale klienci czasami bywali mocno zdziwieni, kiedy nagle, podczas rozmowy wybiegałam na zaplecze. Kobiety zazwyczaj w torebce noszą puderniczkę, czy szminkę, ja noszę papier toaletowy, nawilżone chusteczki i bieliznę na zmianę. To wszystko jest trudne, ale mimo to da się z tym żyć…

Dziś patrząc z perspektywy czasu na moje zachowanie na początku choroby nie mogę uwierzyć, że byłam taką ignorantką i tak głupio postępowałam. Od pierwszego ostrzeżenia, jakie dostałam w punkcie krwiodawstwa do rozpoczęcia prawidłowego leczenia upłyną prawie rok. Gdybym miesiącami nie odwlekała kolonoskopii, kiedy w jelitach toczył się już proces zapalny, to może nie musiałabym zmagać się z tak ciężkim i długim zaostrzeniem… A gdyby to był rak, to może już bym nie żyła. I dlaczego?! Bo bałam się zbadać! Bo się wstydziłam! Szczyt głupoty!

Kochani, cytując klasyka: nie idźcie tą drogą! Badajcie się. Dziś, kilka lat po mojej pierwszej kolonoskopii standardy są już trochę inne. Do oczyszczenia jelita można używać innych leków (niekoniecznie musi to być preferowany kilka lat temu Fortrans), badanie w znieczuleniu powoli staje się normą, coraz częściej badania wykonywane są w trybie ambulatoryjnym – wcale nie trzeba iść do szpitala. To nie jest przyjemne, ale da się to przeżyć. O pewne sprawy trzeba zadbać samemu. Jeśli kogoś krępuje paradowanie bez majtek, to należy się odpowiednio ubrać – w tunikę, albo w dłuższą koszulę. Ja na pierwsze badanie trafiłam z oddziału, gdzie byłam w piżamie, więc kiedy zdjęłam spodnie i majtki, to świeciłam gołą pupą, a do przykrycia miejsc intymnych pani pielęgniarka dała mi jeden listek ręcznika papierowego. Teraz już wiem, że mam prawo do poszanowania mojej intymności i mogę poprosić o prześcieradło, albo inne okrycie. Jest też specjalna jednorazowa bielizna do takich badań, ale bywa, że trzeba się samemu w nią zaopatrzyć, bo szpital jej nie udostępnia. Kolejna sprawa to lekarz, który nam to badanie przeprowadzi. Jeśli korzystamy z publicznej służby zdrowia, to najczęściej nie mamy wyboru, ale ja osobiście udałabym się tam gdzie będzie mnie badał gastroenterolog, a nie chirurg.

Jeśli chodzi o leczenie, to ja jestem leczona nazwijmy to „konwencjonalnie” ale wiem, że są prowadzone różne badania, pojawiają się nowe leki i terapie (np leczenie biologiczne, czy leki sterydowe o przedłużonym uwalnianiu), niestety z tego co wiem niektóre z nich są bardzo drogie i trudno dostępne. Są chorzy, którzy rezygnują z tradycyjnego leczenia farmakologicznego i „leczą” się stosując różne diety. Czy to działa? Nie wiem. 

Jeśli chodzi o koszty leczenia, to np moje leki aktualnie są w znacznej części refundowane (przykładowo w/g stanu na 1/05/2018 za tabletki, które kosztują 51,80 ja płacę 14,82 a za wlewki, których cena wynosi 143,28 ja płacę 3,20). Jednak na przestrzeni lat bywało różne. Był czas, kiedy na podstawowe leki wydawałam nawet kilkaset złotych.

Pomimo tego, że przytrafiła mi się dość uciążliwa choroba, to i tak uważam, że dostałam tę „lepszą” opcję. Mam „tylko” colitis ulcerosa, a nie crohna, który jest znacznie gorszy. Mimo, że choroba dała mi nieźle w kość, to w porównaniu z innymi miałam duuużo szczęścia. Wiem, że może być znacznie gorzej. Niektórzy mają przetoki, ropnie, przewężenia, przechodzą resekcję jelit, muszą być żywieni pozajelitowo, mają stomię. A mimo to studiują, zakładają rodziny, mają dzieci… Niestety ta choroba niejako predestynuje do zachorowania na raka jelita grubego, a im dłużej i ciężej się choruje, tym zagrożenie wzrasta. Ja jednak patrzę na to z innej strony: owszem choruję na CU i jestem w grupie ryzyka, ale dzięki temu częściej niż inni robię badania, jestem pod opieką lekarza specjalisty, co jakiś czas robię kolonoskopię, więc nawet jak „coś” się pojawi, to mam szansę na szybką reakcję.

Jeśli kogoś ten temat interesuje, to sporo przydatnych informacji można znaleźć na stronie Polskiego Towarzystwa Wspierania Osób z Nieswoistymi Zapaleniami Jelita „J-elita” http://j-elita.org.pl/

PS Niedawno poddamłam się kolejnym badaniom – miałam gastroskopię i kolonoskopię, ale o tym napiszę w oddzielnym wpisie.

To chyba najdłuższy i najbardziej osobisty post jaki kiedykolwiek napisałam!

Pechowa wycieczka rowerowa

W ubiegłym roku zaczęłam jeździć na rowerze już na początku kwietnia. A w tym roku jakoś mi się nie składało. Owszem wsiadałam na rower już od wczesnej wiosny – ale tylko po to, żeby szybciej się przemieścić, czyli żeby pojechać do sklepu, czy do pracy, a nie tak rekreacyjnie. Był już początek maja, piękna pogoda, a ja jeszcze nie byłam na żadnej dłużej wycieczce. No i postanowiłam to zmienić.

Umówiłam się z rodzinką na niedzielne przedpołudnie i wyruszyliśmy w drogę. Pogoda była wręcz idealna – słonecznie, ale nie upalnie, nie więcej niż 20 stopni, wiał lekki wiatr. Wybraliśmy sobie bardzo przyjemną trasę – długą ale nie męczącą. Pojechaliśmy najpierw nad nasze ulubione stawy, żeby nacieszyć się pięknymi widokami i odgłosami przyrody.

I tu muszę się na chwilę zatrzymać, żeby podzielić się moim oburzeniem. Pierwszym co zobaczyliśmy wyjeżdżając z lasu było tlące się ognisko i kupka śmieci leżących obok niego.

Wyobrażacie sobie?! Jakieś towarzystwo zrobiło sobie biesiadę na łonie natury, przywieźli tam jedzenie, picie (w tym alkohol), rozpalili ognisko, pewnie dobrze się bawili, a jak już mieli dość, to wstali i sobie poszli. To się w głowie nie mieści! Skąd się biorą tacy idioci?! Kto zostawia niedogaszone ognisko kilka metrów od lasu?! Na szczęście w ich śmiechach były plastikowe butelki, więc zrobiliśmy kilka rundek do pobliskiego stawu i zlaliśmy to wszystko obficie wodą. Mam nadzieję, że to wystarczyło…

Po akcji z ogniskiem ruszyliśmy mało uczęszczaną drogą przez las, żeby po kilku kilometrach wyjechać na pola pełne kwitnącego rzepaku.

Po drodze na łąkach widzieliśmy żurawie, bociany, a na pastwiskach konie. Było bardzo przyjemnie. W sumie przejechaliśmy chyba około 25 kilometrów.

Kiedy jechaliśmy już w kierunku domu przydarzył mi się nieszczęśliwy wypadek. Tak niefortunnie podjechałam do krawężnika, że straciłam równowagę i upadłam na bok razem z rowerem. Upadając mocno uderzyłam głową o chodnik (częściowo głową, a częściowo twarzą). Zanim jeszcze zaczęłam się podnosić zorientowałam się, że z głowy kapie mi krew. Jechałam ostatnia, więc chwilę trwało, zanim moje towarzystwo się zorientowało, że mnie nie ma… ale szybko zawrócili i bardzo mi pomogli. Rana na głowie, a dokładniej na skroni była stosunkowo niewielka, ale mocno krwawiła. Z widocznych urazów, z których w tym momencie zdawałam sobie sprawę, to miałam jeszcze uszkodzoną lewą dłoń. Zdecydowałam się wezwać karetkę. W między czasie wyszedł pan mieszkający na posesji, obok której się przewróciłam i zaoferował środki opatrunkowe, wodę i krzesło, przechował też mój rower, zatrzymał się też przechodzący obok młody chłopak i zapytał, czy potrzebujemy pomocy. Pogotowie przyjechało dość szybko. Zabrano mnie do szpitala, gdzie zbadał mnie lekarz, miałam też wykonane prześwietlenie głowy i ręki. Na szczęście okazało się, że niczego sobie nie złamałam. W domu zorientowałam się, że mam jeszcze stłuczone kolano, biodro i łokieć, ale wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy i ani ratownikom z pogotowia, ani lekarzowi na izbie przyjęć o tym nie wspomniałam. Od wypadku minęło już kilka dni. Zważywszy na okoliczności, to czuję się całkiem nieźle. Jestem jeszcze trochę obolała, mam też sporo siniaków i kilka zadrapań, w tym na twarzy, ale z czasem to zniknie. Ważne, że nic poważnego mi się nie stało. Kiedy następnego dnia leżałam w domu i „lizałam rany”, to uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, to w związku z tym wypadkiem nie spotkało mnie nic złego, czy przykrego (oczywiście poza tym, że się potłukłam), a wręcz przeciwnie – pomogła mi rodzina, swoją pomoc zaoferowali mi obcy ludzie, pogotowie szybko przyjechało, nikt nie robił mi żadnych trudności, ani na izbie przyjęć, ani w pracowni RTG nie musiałam czekać – przyjęto mnie od razu. Albo miałam szczęście, albo nie jest aż tak źle, jak się wydaje…

Podsumowując, to dopóki nie wydobrzeję, to muszą sobie odpuścić rower, no i chyba moim najbliższym zakupem będzie kask rowerowy.

PS Jeśli chodzi o straty materialne, to uszkodziłam ulubione okulary przeciwsłoneczne i podarłam jeansy, za to rower wyszedł z tego wypadku bez żadnego uszczerbku.

Polecam: „Spod zamarzniętych powiek” Adama Bieleckiego

Dziś chciałam się z Wami podzielić moją opinią na temat książki „Spod zamarzniętych powiek” autorstwa polskiego taternika, alpinisty i himalaisty Adama Bieleckiego. Nie wiem jak powinna wyglądać fachowa recenzja, więc po prostu napiszę to, co myślę.

Wiatr wyciskał łzy. Zamarzły mi powieki i rzęsy. Nie mogłem otworzyć oczu. Bezskutecznie przecierałem je rękawiczką. Chuchałem w dłonie. Ciepło oddechu na chwilę topiło lód, ale świat zaraz znikał pod zamarzniętymi powiekami. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem tego irytującego zjawiska. Wiele lat później podczas zimowych wypraw w Karakorum musiałem się do niego przyzwyczaić.

  • Tytuł: Spod Zamarzniętych powiek
  • Autor: Adam Bielecki i Dominik Szczepański
  • Wydawnictwo: Agora
  • Rok wydania: 2017
  • Cena: 44,99 PLN (obecnie około 30,00 PLN)

Kiedy w ubiegłym roku zaczęto w mediach mówić o kolejnej polskiej zimowej wyprawie na K2 zainteresowałam się tym tematem trochę bardziej i za sprawą przypadkowej reklamy trafiłam na książkę Adama Bieleckiego „Spod zamarzniętych powiek”. W internecie poczytałam trochę na temat tej publikacji i postanowiłam nabyć tę książkę.

Przesyłka przyszła bardzo szybko. Po rozpakowaniu zobaczyłam książkę, która miło mnie zaskoczyła swoim wyglądem. Zacznę od okładki, na której widnieje świetna podobizna autora, jego nazwisko i nazwisko współtwórcy książki – Dominika Szczepańskiego, tytuł oraz logo wydawnictwa. Autorem zdjęcia z okładki jest  Michał Mutor. Fajny pomysł z tymi dredami z lin wspinaczkowych.

Okładka jest matowa i płaska, ale już napisy są lekko połyskujące i wypukłe – wyczuwalne pod palcami. Książka wydana została w oprawie zintegrowanej – to coś pośredniego między oprawą miękką i twardą – świetne rozwiązanie, bardzo praktyczne, umożliwiające wygodne korzystanie z książki, jak przy miękkiej oprawie i zapewniające jej trwałość, jak przy twardej oprawie. Czytałam tę książkę w różnych okolicznościach – w podróży, w łóżku, w ogrodzie, pożyczyłam ją znajomym i póki co nie ma na niej żadnych śladów zniszczenia. Książka składa się z 414 stron, tekst opatrzony został wieloma zdjęciami, poza tym na marginesach stron znajdują się specjalne kody, które można zeskanować smartfonem wyposażonym w stosowną aplikację i obejrzeć filmy tematycznie związane z czytanym fragmentem. 

Przejdźmy do meritum, czyli do zawartości książki, oczywiście nie będę jej jakoś dokładnie streszczać, chcę trochę napisać o jej zawartości i podzielić się moimi wrażeniami po jej przeczytaniu. Zaznaczam, że nie mam żadnej skali porównawczej, bo to pierwsza książka o takiej tematyce, którą przeczytałam, więc nie mogę obiektywnie stwierdzić, czy jest dobra, czy zła. Moja ocena jest czysto subiektywna. Książka ogromnie mnie zaciekawiła i wciągnęła. Napisana jest w taki sposób, że czytając ją miałam wrażenie, jakby ktoś siedział obok mnie i mi te historie opowiadał. Książkę czytało się jak dobrą powieść – byłam ciekawa co będzie dalej i żałowałam, kiedy dotarłam do końca. Ale po kolei…

Książka w zasadzie ułożona jest chronologicznie (za wyjątkiem I rozdziału). Historię przyszłego himalaisty poznajemy niemal od jego dzieciństwa, kiedy to narodziła się jego pasja do gór i wspinaczki. I tak poprzez jego rodzinne miasto Tychy, później Tatry, Alpy, Andy, wreszcie docieramy aż w Himalaje – na ośmiotysięczniki i dzięki opowieściom autora stajemy się obserwatorami wypraw, w których on uczestniczył.

Nastoletni Adam Bielecki na spotkaniu z polskimi himalaistami: Krzysztofem Wielickim, Aleksandrem Lwowem i Ryszardem Pawłowskim. Rok 1996. 

Z książki Adama Bieleckiego dowiadujemy się sporo o ekstremalnie trudnych warunkach towarzyszących zimowej wspinaczce w górach wysokich, a trzeba tu wspomnieć, że zimowy himalaizm stał się niemal naszą narodową specjalnością.  Nawiasem mówią ta książka nie jest tylko o Adamie Bieleckim, jest w niej też mowa o wielu legendach polskiego alpinizmu i himalaizmu, bo choć pan Adam jest ciągle jeszcze młodym człowiekiem (urodził się w 1983 roku), to wspina się już od ponad dwudziestu lat i na swojej drodze zetknął się wieloma wielkimi nazwiskami.

My, Polacy, zostaliśmy uznani za najlepszą nację w tym sporcie, ale z perspektywy lat mam wątpliwość, czy rozegraliśmy tę partię profesjonalnie. Czy granica wariactwa, wyścigu, konkurencji nie została przekroczona, bo historia wystawiła nam rachunek bardzo wysoki. Polska potęga himalajska wzięła się i zabiła.

Pisząc o tej książce nie sposób nie wspomnieć o bardzo szczególnym rozdziale, który został poświęcony tragicznej w skutkach wyprawie na Broad Peak z 2013 roku, podczas której zginęli Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, i ostracyzmie części środowiska, jaki dotknął wówczas Adama Bieleckiego. W swojej książce Bielecki nie oskarża, nie ma pretensji, raczej przedstawia swój punkt widzenia i wskazuje na błędy, jakie jego zdaniem wówczas popełniono.

Góry obnażają. Zdzierają z ludzi maski. W momencie kiedy jesteś głodny, walczysz o życie, na wierzch wychodzi to, co masz w środku. Nie ukryjesz się. Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił.

Adam Bielecki w górach dokonał już bardzo dużo i pewnie wiele jeszcze dokona, ale wydaje mi się, że ta tragiczna wyprawa na Broad Peak już zawsze będzie się kładła cieniem na jego karierze. Nawet takiemu laikowi jak ja, po przeczytaniu rozdziału o Broad Peak nasunęło się pytanie, czy aby ta książka nie powstała tylko dla tego jednego rozdziału? Czy może autor czuł potrzebę jakiegoś oczyszczenia, opowiedzenia swojej wersji, publicznego odparcia skądinąd najczęściej bezzasadnych zarzutów. Ale zostawmy już ten temat…

Idąc dalej, zaskoczył mnie fragment o terroryzmie. Czytając o doświadczeniach Bieleckiego przypomniałam sobie o tragicznych wydarzeniach z 2013 roku, kiedy to w bazie pod Nanga Parbat terroryści zastrzelili 11 wspinaczy. W górach wysokich wspinaczom grozi wiele – odmrożenia, choroba wysokościowa, lawiny, ale żeby w obozie bazowym zginąć z rąk terrorystów?! Tego nikt się nie spodziewał…

Zostawiając już treść książki, to trzeba koniecznie wspomnieć o jej dodatkowej wartości jaką są zdjęcia. Dla mnie to znakomite uzupełnienie tekstu, dla innych będzie to całkiem oddzielna opowieść. Osobiście wolę słowo, opis, opowieść, ale mam pełną świadomość, że dzisiejszy przekaz opiera się głównie na obrazie – stąd też zdjęcia i odnośniki do filmów.

Wydaje mi się, że jest to książka bardzo szczera, w której autor w prosty sposób wyjaśnia skomplikowane rzeczy. Bielecki nie czyni w niej z siebie jakiegoś tytana, czy superbohatera, wręcz przeciwnie, przyznaje się też do porażek, błędów, czy wręcz głupoty. Czytając jego słowa odniosłam wrażenie, że Adam Bielecki jest człowiekiem głodnym sukcesów i że ma swoje ambicje,  ale jest w nim też dużo pokory i zdrowego rozsądku. Wydaje mi się, że ten człowiek w ekstremalnych sytuacjach potrafi spojrzeć trzeźwo na sytuację. Być może dzięki temu uda mu się spełnić jego pragnienie, żeby być nie tylko dobrym himalaistą, ale i starym himalaistą…

Dodam jeszcze, że współautorem książki jest Dominik Szczepański, podróżnik i dziennikarz sportowy związany z redakcją „Gazety Wyborczej”. Nie wiem jaka była jego rola i wkład w powstanie tej publikacji, ale efekt jego współpracy z Bieleckim jest świetny.  Co do Adama Bieleckiego, to po obejrzeniu kilku wywiadów z nim zauważyłam, że mówi składnie, zrozumiale, poprawnie, ma bogate słownictwo, jednym słowem – dobrze się go słucha. Podobnie jest z książką „Spod zamarzniętych powiek” – dobrze się ją czyta.

Co mogę jeszcze dodać… Chyba tylko to, że szczerze polecam tą książkę. Uważam, że naprawdę warto ją przeczytać. Warto spróbować „poznać” człowieka z pasją, który ma w sobie dość odwagi i determinacji, żeby tę pasję realizować. To piękna i prawdziwa opowieść o górach i o człowieku, który się na nie wspina. Zawsze imponowali mi ludzie, którzy mają jakieś pasje. Często nie zgadzam się z ich wyborami, a raczej ich nie rozumiem, ale mimo to mam dla nich dużo szacunku i podziwu.

Czy po lekturze tej książki mam wyrobione zdanie na temat Bieleckiego? Trochę tak, ale nie do końca… Przede wszystkim nie uważam, żebym miała prawo do oceniania tego człowieka i jego decyzji, siedząc wygodnie w swoim domu, w ciepłych kapciach, na wygodnej kanapie. Sama nie mam żadnych ekstremalnych zainteresowań. Żyję sobie spokojnie w małym miasteczku i wiodę zwyczajne, trochę nudne życie, ale to mój wybór, a może bardziej przyzwyczajenie, albo tchórzostwo… Tak czy inaczej, to konsekwencja moich decyzji i nikomu nic do tego. Tak samo jest w przypadku ludzi z pasją, takich jak Adam Bielecki. Jego wyborem jest wspinanie się po górach. To jest ekstremalnie niebezpieczne zajęcie i bywa, że trzeba zapłacić za nie wysoką cenę. Inni wspinacze są tam z takich samych pobudek, narażają się na takie samo ryzyko i grożą im takie same konsekwencje. Ale taki jest ich wybór i mi nic do tego…

Wybrałam kilka cytatów z książki, które jakość szczególnie zwróciły moją uwagę:

Nie uważam, żeby himalaizm miał jakiś głęboki sens. Tak samo jak nie ma go żeglarstwo, czy chodzenie do parku. Życie samo w sobie nie ma głębokiego sensu. Moim wyborem jest himalaizm i zupełnie nie ma we mnie potrzeby przekonywania całego świata, że to bardzo fajne zajęcie.

Maciek Berbeka mówił o drugiej stronie lustra. Jeśli nie zobaczysz, jak życie jest kruche, jeśli nie doświadczysz sytuacji granicznej, to go nie docenisz. Spotkanie ze śmiercią sprawia, że jeszcze bardziej kochasz życie. I kiedy potem będziesz leżał na łące z dziewczyną i pił wino, to w pełni zachwycisz się tą chwilą.

Po powrocie mniej się przejmuję rzeczami mało istotnymi. Dzięki górom polubiłem zmęczenie i trudne warunki. Przestałem narzekać, że pada deszcz. Pada to pada. Pogoda zawsze jest fajna.

Kiedy jestem zmęczony, obserwuję świat jak zza szyby. Oczywiście, moje reakcje są spowolnione i marzę, żeby się w końcu położyć, ale wiem, że kiedy to nastąpi, to będzie mi się lepiej spało. Gdy jestem bardzo głodny, to cieszy mnie myśl o tym, jak bardzo będzie smakował pierwszy kęs. Nauczyłem się przyjmować z pokorą niedogodności. Co więcej widzę w nich głęboki sens. Żeby coś docenić trzeba coś stracić, poznać przeciwieństwo

Góry nauczyły mnie, że jeśli mam w nich zginąć, to walcząc. Ekstremalne sytuacje wyzwalają w nas niewiarygodne siły, czerpiemy z rezerw, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Każdy chciałby walczyć do końca, ale nie każdy zdoła. Ja wiem, że będę walczył do ostatniego tchu.

Prawdziwym sensem życia nie są ośmiotysięczniki, tylko to, co czeka na mnie, kiedy z nich wracam.

Nie mogłem pojąć, jak to jest: facet ma kupę kasy, ale brak mu czasu, żeby ją wydać. Kupił aparat, który kosztuje w przeliczeniu 40 tysięcy złotych, ale nie ma czego fotografować. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie pozwalają wcisnąć się w garnitur, zamknąć w biurze na cały rok i zadowolić trzema tygodniami urlopu. Przecież to nieludzkie. Jaki jest sens takiego życia, kiedy brakuje Ci czasu dla siebie i nawet nie widujesz zbyt często swojej rodziny?

Ludzie mówią, że my, wspinacze, nie szanujemy życia i podchodzimy do niego lekkomyślnie. Sądzę, że jest odwrotnie. Kiedy od trzech godzin chce ci się sikać, to jak wielką radość czujesz, gdy w końcu możesz to zrobić? Jeśli od dwunastu godzin chce ci się pić, to jak bardzo docenisz łyk zimnej wody? Albo piwo? Po całym dniu wspinaczki najgorszy cienkusz smakuje jak ambrozja.

Tekst napisany kursywą to cytaty z książki „Spod zamarzniętych powiek” autorstwa Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego.

Zdjęcia pochodzą z książki „Spod zamarzniętych powiek” autorstwa Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego i są skanami.

PS Przy okazji tej książki dowiedziałam się, że jej współautor Dominik Szczepański miał również swój udział w powstaniu podobno świetnej biografii znanego polskiego żeglarza Aleksandra Doby. Książka nosi tytuł „Na oceanie ciszy”. Kolejna książka autorstwa Dominika Szczepańskiego napisana razem z Piotrem Tomzą to „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia”. Oba tytuły trafiają na moją listę książek, które zamierzam wkrótce przeczytać.

Na koniec chciałam napisać jeszcze kilka zdań o obecności mediów na głośnych wyprawach wysokogórskich. Jestem widzem, czytelnikiem, obserwatorem wydarzeń i uważam, że mam prawo do własnego zdania na ten temat. Otóż relacjonowanie w mediach tych wypraw niemal na żywo kompletnie mi nie odpowiada. Wiem, że czasy się zmieniły, że jest internet, że są nowe technologie przekazu, łączności itp. ale ja tak nie chcę, nie potrzebuję tego całego szumu, tego codziennego łączenia się w porze wiadomości, nie chcę obecności w bazie reporterów z kamerami, itp. Najczęściej uczestnicy wypraw zamieszają w mediach społecznościowych krótkie relacje, podają swoje pozycje, dzielą się zdjęciami. I mi to wystarczy! Resztę opowiedzą jak wrócą. Napiszą książkę, zorganizują prelekcję, udzielą wywiadu, albo zachowają swoje przeżycia dla siebie. Z drugiej strony mam świadomość, że w grę wchodzą sprawy finansowe. Sponsorzy, którzy dają na taką wyprawę niemałe pieniądze chcą, żeby było o niej głośno, żeby ich nazwa, logo były widoczne w mediach, ale to powoduje, że to coś, co jest w tych odległych i niedostępnych górach zostaje bezpowrotnie zatracone. W takie góry jedzie się po coś… Nie wiem… Po samotność, po zresetowanie umysłu, po wyzwanie, po adrenalinę… Czy naprawdę nawet tam musi pojechać dziennikarz i prowadzić stamtąd relację na żywo?! Szkoda, że kiedy Denis Urubko samotnie wyruszył na szczyt K2 dziennikarze pewnej stacji informacyjnej nie popędzili za nim z kamerą, żeby w jednym z obozów zadać mu pytanie: Denis, powiedz naszym widzom, dlaczego to zrobiłeś?! Czy w ekipie jest konflikt? Czy robiłeś to, bo nie zgadzasz się z decyzjami Krzysztofa Wielickiego? Oczywiście ironizuję, ale obawiam się, że wkrótce na przykład na szczycie Everestu stanie antena telefonii komórkowej, a na szlaku założą monitoring i będzie można na żywo w internecie zobaczyć, jak ktoś odpada od ściany, albo umiera na chorobę wysokościową…

Wiosna pełną gębą!

Od jakiegoś czasu na każdym kroku atakują mnie ewidentne objawy wiosny. I bardzo dobrze! Nareszcie! Bardzo mnie cieszą wszelkie oznaki tej pięknej pory roku – zapachy, dźwięki, kolory, ciepło, deszcz, słońce. Ptaki się „drą”, bzy pachną, kasztany kwitną! Żyć nie umierać! Wprawdzie w tygodniu większość dnia spędzam w pracy, ale jak mam okazję to korzystam z tej pięknej wiosennej pogody i uroków wiosny. Polecam. A na zachętę mam porcję zdjęć z mojego ogródka i ze spacerów.

Kwitnącym jabłoniom muszę poświęcić oddzielny akapit, bo są wyjątkowo piękne. Moim zdaniem kwitną najpiękniej ze wszystkich drzew owocowych. I do tego jeszcze to brzęczenie owadów wokół nich… Sama przyjemność…

Nie wiem dlaczego, ale w tym roku prawie wszystkie kwiaty na naszych jabłonkach zakwitły na biało, a w ubiegłych latach te same drzewa kwitły też na różowo.

Na koniec mam jeszcze takie dość nietypowe wiosenne zdjęcie:

Na zdjęciu jest mrowisko zbudowane w pniu ściętego drzewa. Fotka nie jest najlepszej jakości, bo robiłam ją z daleka, ale nie chciałam mrówkom niczego zniszczyć, no i nie chciałam, żeby mnie oblazły. Oczywiście na zdjęciu tego nie widać, ale to w jakim tempie te mrówki pracowały, było naprawdę imponujące.

Magazyn TVN24 – Ciekawe historie do poczytania

Do wszelkich serwisów, stacji i portali informacyjnych mam dość ambiwalentny stosunek. Zwyczajne nie mam do nich zaufania. Uważam, że niezależnie od popieranej opcji politycznej każdy nadawca manipuluje odbiorcami na swój sposób. Dlatego do tego, co czytam, czego słucham, czy oglądam podchodzę z dużą rezerwą i ostrożnością, starając się wyłuskać z przekazywanych informacji jedynie fakty, a nie czyjeś opinie, mające kształtować moje poglądy. Jednak lubię wiedzieć co się dzieje i być na bieżąco, dlatego dość regularnie (przynajmniej raz dziennie) sprawdzam wiadomości na którymś z portali informacyjnych. Tak trafiłam na stronę Magazynu TVN24 i znalazłam tam sporo ciekawych historii do poczytania. Tematy tam poruszane, to nie są tytuły z czołówek gazet, czy tzw „jedynki” z serwisów informacyjnych. Czasami są to zagadki kryminalne sprzed lat, albo opowieści o zakulisowych rozgrywkach politycznych, czy zimnej wojnie, zdarzają się też biografie. Mnie osobiście takie historie bardzo interesują, lubię o nich czytać. Dla zainteresowanych podaję linka: https://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24

Uparty storczyk (04/2018)

Mój aktualny storczyk postanowił mi zrobić na złość i mimo mojego zrzędzenia pięknie się rozwinął. Już wyjaśniam o co chodzi. Kiedy pojechałam kupić sobie kolejny egzemplarz, to nie za bardzo miałam z czego wybierać. Po pierwsze nie było moich ulubionych kolorów, a po drugie kwiaty nie były jeszcze w pełni rozwinięte – miały dużo pąków, a u mnie pąki się nie rozwijają – nie wiem co robię źle, ale pąki z moich storczyków zawsze opadają. Bez przekonania wybrałam dwupędowego storczyka w kolorze różowym, ze sporą ilością pączków. Już w sklepie marudziłam, że na pewno mi zdechnie. W dodatku na zewnątrz było bardzo zimno. Niedługo po zakupie roślinka prezentowała się tak:

A tak mój storczyk wygląda kilka tygodni później:

Pięknie się rozwinął. Nie odpadł mu ani jeden pączek – wszystkie się rozwinęły i zmieniły się w piękne kwiaty.